Podczas zaskakująco długich i trudnych negocjacjach 21 pakietu sankcji na Rosję można było usłyszeć, że brak Viktora Orbana…. skomplikował sprawę. Gdy był, można było całą uwagę za blokowanie przyjęcia kolejnej porcji sankcji kierować na niego. Przecież wszyscy wiedzieli, że ma dobre relacje z Putinem, czyli że to on jest wszystkiemu winien. Ale od połowy kwietnia Orbana nie ma i raptem w świetle reflektorów pojawili się inni, którym dokładanie obciążeń na Rosję nie bardzo odpowiada.
Rzeczywiście Viktor Orban wielokrotnie blokował poszczególne elementy kolejnego pakietu. Nie ulega wątpliwości, że robił to w interesie swojego kraju, któremu położenie geograficzne utrudnia szybką organizację dostaw paliw energetycznych z innego źródła niż Rosja i inną drogą niż starymi rurociągami jeszcze z czasów RWPG. Było też jasne, że skoro w czasach socjalistycznej przyjaźni i współpracy Związek Radziecki budował w Węgierskiej Republice Ludowej elektrownię jądrową, to dzisiaj jej modernizację, serwisowanie najlepiej byłoby powierzyć specjalistom z Rosji. Najlepiej i najtaniej!
Oczywiście była też druga strona tego medalu: Rosji zależało na wspieraniu Orbana, by ten mógł rozbijać unijną jedność, a jego minister spraw zagranicznych Péter Szijarto donosił Siergiejowi Ławrowowi, o czym debatuje się w Brukseli za zamkniętymi drzwiami. Ponieważ wszyscy o tym w Unii Europejskiej wiedzieli, to rząd węgierski stał się naturalnym symbolem obstrukcji, blokowania, wyłączania z pakietu sankcji tych punktów, które szczególnie uderzały w rosyjskie interesy.
Diamentowy przykład
Do opinii publicznej przez te ponad cztery lata pełnoskalowej wojny docierały czasem informacje o innych rządach, które też coś tam blokowały. Najgłośniejszym przypadkiem był protest rządu Belgii, przeciwko zakazowi importu z Rosji diamentów. Z wielu państw, w tym z Polski płynęły słowa oburzenia, jak można z powodu nawet pięknych świecidełek godzić się na zasilanie kasy Kremla kwotą zbliżoną do 2 mld euro rocznie! To są „krwawe diamenty”, bo z ich sprzedaży Rosja może zasilać swoją armię dokonującą ohydnych zbrodni w Ukrainie – krzyczały nagłówki wielu europejskich gazet.
Władze Belgii tłumaczyły, że 80 proc. nieoszlifowanych diamentów i 50 proc. oszlifowanych diamentów trafia do odbiorców końcowych przez Antwerpię. Nie ma możliwości, by szlifiernie raptem znalazły inne źródło dostaw dla swojego funkcjonowania, a dla Belgii diamenty stanowią 15 proc. wartości eksportu poza Unię Europejską. Trudno, by rząd lekceważył możliwe skutki dla gospodarki kraju, jakie się na pewno pojawią, gdy rosyjskie diamenty nie będą mogły być kupowane. Żeby ratować się wizerunkowo, belgijscy politycy mówili, że mogą się zgodzić na sankcje na diamenty, ale pod warunkiem, że przyłączy się do nich reszta świata. Głównie chodziło o Indie i Dubaj, które są głównym konkurentem Belgii w diamentowej branży. Przecież to jasne – argumentowali – że jak Rosja nie będzie mogła sprzedawać diamentów do UE, to sprzeda je do Indii lub Dubaju, które chętnie je wezmą.
Ten argument pozwalał długo wyłączać cenne kamienie z kolejnych pakietów. Wreszcie w końcówce 2023 roku udało się złagodzić stanowisko rządu premiera Alexandra de Croo, po tym jak dogadano się na poziomie UE i G7 co do wprowadzenia cyfrowego systemu pełnej identyfikacji diamentów i tras ich przewożenia. I tak od 1 marca 2024 roku wszystkie naturalne i syntetyczne diamenty powyżej 0,5 karata muszą być wprowadzane na rynki G7 z obowiązkowym dowodem pochodzenia innego niż rosyjskie.
Teraz będzie łatwo
Pomijając ten przykład można jednak uznać, że tym sprawiającym kłopoty pozostał Viktor Orban, do którego czasem nieśmiało dołączał Robert Fico ze Słowacji. Odkąd jednak szefem rządu węgierskiego jest Péter Magyar wydawało się, że problemu z kolejnym pakietem sankcji na Rosję nie będzie. Po tym jak Komisja Europejska przedstawiła rządom propozycję restrykcji wobec Rosji i jej gospodarki, można było w wielu miejscach przeczytać, że tym razem pójdzie jak z płatka. Np. analityczka z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Elżbieta Kaca pisała: „Komisja Europejska (KE) ogłosiła 9 czerwca duży pakiet restrykcji ograniczający rosyjskie dochody z surowców, od marca rosnące wskutek napięć w cieśninie Ormuz. To kompromisowa propozycja, którą Rada UE powinna szybko przyjąć”.
Dodatkowym argumentem na rzecz szybkiego załatwienia sprawy była sytuacja na froncie rosyjsko-ukraińskim. Nie tylko armia Putina nie zdobywa od dawna nowych terytoriów, ale nawet częściowo je traci. Ale jeszcze ważniejszym elementem są coraz śmielsze, coraz bardziej dotkliwe ataki ukraińskich dronów w głębi imperium. Jak podkreślał Ville Niinistö, fiński poseł i przewodniczący delegacji Parlamentu Europejskiego ds. Rosji: „Niezwykle ważne jest dalsze zaostrzanie sankcji UE wobec Rosji w tym momencie, gdy Rosja zaczyna odczuwać presję wojny w swojej gospodarce krajowej i w odbiorze społecznym”.
Jeszcze innym czynnikiem była (i jest) sytuacja w cieśnienie Ormuz i wynikający z niej wzrost ceny ropy naftowej. By ograniczyć dochody Rosji ze sprzedaży ropy, UE wprowadziła pułap cenowy, korygowany co sześć miesięcy. Ostatni wynosił 44.10 dolara za baryłkę w myśl zasady, że musi być to cena o 15 proc. poniżej średniej ceny rynkowej. Wojna USA – Iran tak podniosła cenę za baryłkę, że po 15 lipca, gdy wygasał czas poprzednio ustalonego pułapu, cena z rosyjską ropę wzrosłaby do 58 dolarów dając Kremlowi znaczący zastrzyk pieniędzy. Komisja nie chciała do tego dopuścić i sądziła, że podobne będzie stanowisko Rady UE, która szybko jednomyślnie przyjmie proponowany pakiet.
A jednak schody
Tymczasem okazało się, że przeciwników, a na pewno sceptyków co do niektórych zapisów jest wielu! Kolejne spotkania ambasadorów przy UE kończyły się brakiem porozumienia, a czas uciekał. Malta i Cypr, a także Grecja wahały się nad sześciomiesięcznym przedłużeniem zamrożenia cen rosyjskiej ropy naftowej do 44,10 USD za baryłkę. Prawdopodobnie chodziło o wykorzystanie tego wahania do załatwienia ważniejszej sprawy, jaką była propozycja zakazu dla firm z UE transportu rosyjskiego skroplonego gazu ziemnego do krajów trzecich od stycznia 2029 roku oraz zakazu zawierania nowych kontraktów.
Tymczasem te kraje dobrze na tym zarabiają. Szczególnie Grecja jest na rynku statków-tankowców potentatem. Grecka flota licząca ponad 5000 statków, przewozi około jednej piątej światowego ładunku pod względem masy, więcej niż jakikolwiek inny kraj. Grecka firma Dynagas jest jedną z niewielu, która posiada statki-lodołamacze, mogące dotrzeć do rosyjskiego terminalu LNG na Oceanie Arktycznym. Grecki rząd z całą szczerością oświadczył, że zakazanie tego typu firmom przewożenia rosyjskiego surowca spowoduje, że statki po prostu zmienią banderę, zarejestrują się gdzie indziej i dalej będą robiły swoje, a UE zupełnie straci nadzór nad tym handlem.
I znowu poirytowana opinia publiczna w takich państwach jak Polska mogła się dziwić: jak można przedkładać w takiej sytuacji i w takiej chwili interesy paru firm, gdy stawką jest pokonanie Rosji, a przynajmniej zmuszenie jej do zakończenia działań wojennych. Choć sam mógłbym podzielać ten pogląd, to jestem ciekaw, jak byśmy oceniali nasz rząd, gdyby jakieś sankcje uderzyły w silną gałąź naszej gospodarki… Poza tym, trzeba pamiętać o jednej z zasad nakładania sankcji, która nie jest chyba dobrze znana.
Przypomniała ją rzeczniczka Komisji Europejskiej Paula Pihno, która spytana przez jednego z dziennikarzy, także oburzonego postawą rządu Grecji, powiedziała: „Kiedy pracujemy nad kolejnym pakietem, analizujemy wpływ poprzednich na Rosję, ale też na nasze państwa członkowskie. I tu pojawia się fundamentalna zasada, od której nie może być wyjątków! Sankcje nie mogą w większym stopniu wpłynąć negatywnie na nasz kraj członkowski, niż na państwo, na które są nakładane! W tym wypadku na Rosję. Ta przewodnia zasada, którą się kierujemy towarzyszy nam na etapie dyskusji, propozycji pakietu, negocjacji i podejmowania ostatecznej decyzji. Tak było od pierwszego do 21 pakietu sankcji.
To wiele wyjaśnia, ale też nie do końca uspokaja. Tu z kolei dobrym przykładem jest postawa rządu Austrii, który także przyłożył rękę do opóźnienia negocjacji 21 pakietu. Znowu poszło o Raiffeisen Bank, drugi co do wielkości banku w tym kraju, który postanowił pozostać w Rosji po 24 lutego 2022 roku. Kierownictwo banku poprzez rząd domaga się odszkodowania za, jak to określa, „nielegalne wywłaszczenie aktywów w Rosji o wartości 2,44 mld euro poprzez transfer zamrożonych funduszy należących do jednego z czołowych moskiewskich oligarchów”. Udało się przekonać Austriaków, by zdjął blokadę, gdy Komisja Europejska obiecała „zbadać sprawę w kolejnym pakiecie sankcji”.
Pewnie wielu z czytelników zaskoczy kolejny przykład z negocjacji pakietu. Te kłopoty pojawiły się za sprawą rządu Portugalii, a na początku też Niemiec. Chodziło o zakaz importu rosyjskiego dorsza i mintaja! Przedstawiciele tych państw dowodzili, że należą do głównych odbiorców tych gatunków, a ich lokalne branże rybne byłyby dotknięte w sposób nieproporcjonalny takim zakazem. Komisja Europejska zaproponowała stopniowe ograniczanie importu tych ryb, co Niemców uspokoiło. Ale Portugalia dłużej oponowała, bowiem dorsz, czyli bacalhau to narodowe danie, którego tradycja sięga wielu wieków i – jak tłumaczono – podtrzymuje „dochodowy ekosystem gospodarczy”. W końcu jednak i oni ustąpili.
Sankcje obejmują nie tylko towary i usługi, ale też ludzi. Co jakiś czas pojawia się temat objęcia sankcjami patriarchę Cyryla, zwierzchnika Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Wcześniej bronił go wspomniany Orban na próbę Kremla, a teraz w roli obrońcy pojawił się rząd Bułgarii i Włoch. Sofia odrzuca wpisanie Cyryla na listę sankcyjną z powodów religijnych, a Włochy – jak głosiły plotki z negocjacji – z powodu dyskretnych sygnałów z Watykanu, by jednak przywódcy kościoła nie obejmować sankcjami. „To solidarność papieża” – mówił jeden z dyplomatów uczestniczący w rozmowach. I tak ponownie Cyryl, zwolennik wojny w Ukrainie na liście sankcyjnej się nie znalazł….
A jednak sukces?
Wszystko to pokazuje, że jest coraz trudniej, mimo braku w Radzie UE rządu Orbana. Ujawniają się coraz bardziej interesy poszczególnych państw, ale też trudniej jest znaleźć takie obszary rosyjskiej machiny, uderzenie w które nie zaboli bardziej jakiegoś państwa z grona naszej Unii. A jednak zdaniem wielu analityków, także ten 21 pakiet, wypracowany z dużym trudem oceniany jest pozytywnie. Jak reklamowała go Kaja Kallas, szefowa unijnej dyplomacji: „Z każdą rundą sankcji osłabiamy rosyjską gospodarkę i jej zdolność do przedłużania nielegalnej wojny. Nasz 21 pakiet obejmuje największą liczbę elementów od czterech lat. Uderzamy w ponad sto banków i operatorów kryptowalut, ponad 40 statków rosyjskiej floty cieni oraz kilka rafinerii ropy naftowej w Rosji i na Białorusi. Obejmujemy ponad 50 podmiotów wojskowo-przemysłowych, kluczowych aktorów zaangażowanych w produkcję rosyjskich dronów dalekiego zasięgu. Rosja będzie negocjować zakończenie nielegalnej wojny i zaprzestanie zabijania cywilów tylko wtedy, gdy zostanie do tego zmuszona. Sankcje dodatkowo potęgują tę presję”.
Oby tak się stało! Ale też na przyszłość chciałoby się wierzyć, że ani dorsz, ani jeden bank, nie osłabi naszej determinacji w zwalczaniu wspólnego wroga.
Maciej Zakrocki







