Unia a wieloryby

31.08.2026

Islandczycy w sobotnim referendum mieli zdecydować jedynie, czy są za wznowieniem negocjacji akcesyjnych, które zostały zawieszone 13 lat temu. Początkowo planowano głosowanie w tej sprawie w przyszłym roku, ale napięcia w tym regionie spowodowane polityką Donalda Trumpa wobec Grenlandii, który czasem mylił tę wyspę właśnie z Islandią,  zachęciły obecny rząd do przyspieszenia referendum. Większość odpowiedziała: Nie, a powodem takiego głosowania były …. ryby i wieloryby.  

Trochę historii

Badacze dziejów tej wyspy, leżącej między Grenlandią a Norwegią wskazują na początki osadnictwa gdzieś ok. 800 roku i wiążą go z wyprawami Wikingów. W 2001 roku archeolodzy odkryli w centrum Reyjkjaviku znaleziska datowane na mniej więcej rok 871, choć nie wyklucza się, że może i wcześniej pojawiali się tam „jacyś ludzie”. Ci, którzy stanowili najliczniejszą grupę, a mieli za sobą wcześniejsze życie w Szkocji lub Irlandii przywieźli na wyspę chrześcijaństwo. Odseparowanie od Europy spowodowało, że wiara zaczęła jednak wygasać. W końcu X wieku ze Skandynawii zaczęto wysyłać tam misje, by jednak schrystianizować wyspę.

Ale już zdążył wytworzyć się podział na chrześcijan i wyznawców religii z korzeniami w epoce wcześniejszej i trzeba było to jakoś rozstrzygnąć. Nie zorganizowano referendum, ale Althing, czyli zgromadzenie będące protoplastą parlamentu (!) powierzył niejakiemu Thorgeirowi Ljosvetningagodiemu rozstrzygnięcie sporu. Był to szanowany wódz, mówca, ale poganin, a jednak uznano, że dokona bezstronnego wyboru najlepszego w interesie całej społeczności. Według legendy po dobie spędzonej na medytacji pod futrem ogłosił, że Islandia przyjmie chrześcijaństwo. Warunkiem pokoju było jednak zachowanie kompromisu: pogańskie obrzędy mogły być nadal praktykowane prywatnie, a potajemne składanie ofiar miało nie być karane. W dalszej części legendy czytamy, że po powrocie do swojego domostwa w Ljósavatn Thorgeir symbolicznie wrzucił posągi pogańskich bóstw do wodospadu, który od tego zdarzenia nosi nazwę Goðafoss czyli Wodospad Bogów.

Nie zamierzam opisywać dalszych dziejów Islandii, która w okresie reformacji zdecydowała, że to Kościół Ewangelicko-Luterański Islandii będzie dominującym na wyspie i tak jest do dzisiaj. Ta historia z początków chrześcijaństwa na wyspie posłużyła mi za pretekst, by pokazać jak długie są tam tradycje podejmowania ważnych decyzji co do dalszych losów kraju. Oczywiście w demokracji nie można odwołać się do autorytetu wodza czy mędrca, trzeba spytać narodu. W tym interesującym nas przypadku zdecydowano się na referendum, choć rząd, który ma przecież demokratyczny mandat,  w swoim programie wyborczym miał wpisany  powrót do stołu negocjacyjnego z Unią Europejską, więc mógł na ów mandat się powołać.

Historia akcesji 

Ciekawy był powód, który zachęcił elity polityczne do wejścia na ścieżkę członkostwa w UE. Islandia bardzo poważnie odczuła kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 roku. Gospodarka wpadła w kłopoty, a bardzo ważnym ich czynnikiem była głęboka dewaluacja islandzkiej korony. Coraz bardziej powszechny był pogląd, że warto by mieć euro, które dawało gwarancję stabilizacji finansowej, a co za tym idzie niskich stóp procentowych czyli tańszych kredytów. I 17 lipca 2009 roku  rząd Islandii złożył w Radzie UE oficjalny wniosek o członkostwo. Już w czerwcu 2010 roku rządy Wspólnoty – oczywiście w zgodzie z traktatami – jednomyślnie przyznały Islandii status kandydata i zgodziły się na rozpoczęcie rozmów akcesyjnych.

Te szły jak burza, między innymi dlatego, że Islandia była już głęboko zintegrowana z jednolitym rynkiem poprzez obecność w  Europejskim Obszarze Gospodarczym i strefie Schengen. W ciągu zaledwie dwóch lat spośród 35 rozdziałów negocjacyjnych, 27 zostało otwartych, a 11 zamkniętych! Najwięcej problemów pojawiło się w najważniejszych dla kraju obszarach czyli w rolnictwie i rybołówstwie, w szczególności w kwestii kwot połowowych i suwerennej kontroli nad bogatymi łowiskami arktycznymi.

Gdy w 2013 roku kryzys się zakończył, a w kraju wyraźnie dało się odczuć powrót na ścieżkę wzrostu gospodarczego, właśnie te sprawy zaczęły dominować w debacie publicznej. Siły polityczne reprezentowane przez przede wszystkim Partię Niepodległości zaczęły przekonywać, że nie warto wchodzić do Unii, bo spowoduje to zbyt wiele ograniczeń uderzających w interesy rybaków, z których pracy wyspa czerpie olbrzymie dochody. Ta narracja zyskała uznanie i w wiosną 2013 roku po wyborach parlamentarnych nowy koalicyjny rząd, złożony z Partii Postępu i Partii Niepodległości postanowił zamrozić negocjacje, domagając się referendum krajowego przed podjęciem jakichkolwiek dalszych kroków.

12 marca 2015 roku Gunnar Sveinsson islandzki minister spraw zagranicznych wysłał list do łotewskiej prezydencji w Radzie UE, w którym stwierdził, że Islandia nie powinna być już uznawana za kraj kandydujący. Wniosek o członkostwo nigdy nie został jednak prawnie ani formalnie wycofany z Brukseli, co pozostawiło status prawny „aktywny”.

Powrót do idei akcesji

W 2024 roku po kolejnych wyborach wyłonił się nowy, lewicowy i proeuropejski rząd, który obiecał powrót do tematu, czyli do odmrożenia negocjacji akcesyjnych. Ale zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, naród w referendum miał się wypowiedzieć czy tego chce. Zastanawiano się, kiedy je przeprowadzić i początkowo pojawiał się rok 2027. Na przyspieszenie głosowania wpłynął jednak ….Donald Trump.

W szczycie afery jaką wywołał amerykański prezydent domagając się przejęcia kontroli przez USA nad Grenlandią, w jednym z przemówień parokrotnie powiedział „Islandia”. I choć panowało przekonanie, że mu się po prostu wyspy pomyliły, ziarno niepokoju zostało zasiane. Na dodatek głośna stała się inna sprawa, podobno żart, na jaki pozwolił sobie Billy Long kongresmen z Missouri i wówczas kandydat Donalda Trumpa na ambasadora w Islandii. Otóż w styczniu 2026 roku powiedział, że Islandia stanie się częścią Stanów Zjednoczonych, a on będzie rządził wyspą jako jej gubernator. Na Islandii zapanowało oburzenie, Ministerstwo Spraw Zagranicznych kraju zwróciło się do Ambasady USA w Reykjavíku z prośbą o oficjalne wyjaśnienie. Billy Long przeprosił za „całkowicie nieodpowiedni żart”, ale niesmak pozostał. Zwolennicy wejścia do UE dowodzili, że w takiej sytuacji lepiej być w europejskiej rodzinie.

Oczywiście były też wewnętrzne argumenty „za” i „przeciw”. Jak mówił w rozmowie ze mną w radiu TOK FM  Paweł Bartoszek, polityk partii Vidreisn, szef komisji spraw zagranicznych, emigrant z Polski, dalej ważnym elementem jest słabość rodzimej waluty. To daje dość wysoką inflację, a co za tym idzie wysokie stopy procentowe czyli drogie kredyty. Droga jest żywność i zwolennicy członkostwa przekonywali, że po wejściu do Unii jej ceny spadną jak w Szwecji czy Finlandii, gdy te kraje weszły do wspólnoty w 1995 roku.  

Przeciwnicy wznowienia negocjacji mówili, że Islandia jest wystarczająco zintegrowana z UE, a wchodząc do Wspólnoty będzie musiała przyjąć reguły uderzające w rybołówstwo. Ta branża odpowiada za około 8% produktu krajowego brutto, podczas gdy szerszy sektor rybołówstwa i owoców morza to już 12%–15%, jeśli uwzględni się powiązane z nim przetwórstwo, produkcję i inne usługi. Poza tym zwracali uwagę na zagrożenie dla suwerenności kraju, który we Wspólnocie byłby najmniejszym państwem. 396,500 mieszkańców to wyraźnie mniej niż ma dzisiaj najmniejsza w Unii Malta (588,200). „Unia by nas połknęła”  krzyczała z plakatów Heimssýn, islandzka eurosceptyczna organizacja o charakterze międzypolitycznym, która od 2002 roku prowadzi kampanię przeciwko przystąpieniu Islandii do Unii Europejskiej.

Co z tymi rybami?

Rzeczywiście w Unii Europejskiej jednym z ważnych elementów jest Wspólna Polityka Rybołówstwa. Gdy zajrzymy na stronę np. Parlamentu Europejskiego możemy tam znaleźć łatwe do zrozumienia, choć bardzo ogólne jej cele. A zatem chodzi o: zrównoważony rozwój czyli „zapewnienie zrównoważonego rybołówstwa i akwakultury pod względem środowiskowym, ekonomicznym i społecznym w perspektywie długoterminowej”. Z tym wiąże się ustanowienie limitów połowów czyli „ustalenie rocznych limitów – tzw. całkowitych dopuszczalnych połowów w celu zapobiegania nadmiernym połowom w oparciu o zalecenia naukowe”. Wreszcie w tej polityce chodzi o  „zapewnienie wszystkim flotom rybackim UE równego dostępu do wód państw członkowskich (do 200 mil morskich od wybrzeża) w celu utrzymania uczciwej konkurencji”.

Muszę przyznać, że te ograniczenia przynajmniej na pierwszy rzut oka mają sens. Ale też rozumiem, że można łatwo wywołać negatywne emocje rzucając hasło: „Unia zabroni nam łowić jak chcemy i ile chcemy, co mogliśmy dotąd przez nikogo nie limitowani robić od wieków”. Nie znając się na tej branży patrzyłem na ten element kampanii w Islandii neutralnie. Do czasu.

Wstrząsający reportaż.

Carlo Martuscelli, reporter POLITICO, w którym zajmuje się europejską polityką handlową i sytuacją gospodarczą zamieścił 28 sierpnia na łamach tego popularnego portalu tekst pt. „Ostatni wielorybnik Islandii stoi w obliczu zagrożenia, którego nie może pokonać harpunem: UE”. To opowieść o niejakim Kristjánie Loftssonie, 83-letnim właścicielu firmy Hvalur hf., która działa z przerwami od 1947 roku, a zajmuje się połowem wielorybów. Tylko w tym roku jego dwa statki na wodach Islandii upolowały ponad 50 płetwali zwyczajnych. Działa zgodnie z prawem. Islandia jest jednym trzech krajów, obok Norwegii i Japonii, które nadal zezwalają na komercyjne połowy wielorybów. Unia Europejska zakazuje ich zabijania.

Carlo Martuscelli opisał jak to się robi w firmie Hvalur hf.  Oto fragment reportażu: „Obserwator siedzi na bocianim gnieździe, wypatrując charakterystycznego strumienia. Po zauważeniu wieloryba, strzelec przechodzi po pomoście na dziób statku, gdzie montowany jest harpun. Harpun jest wycelowany w szyję wieloryba, aby zmaksymalizować szanse na szybkie zabicie. Zakończony jest granatem, który eksploduje po trafieniu w zwierzę, rozrzucając odłamki metalu po jego ciele. Jednocześnie metalowe szpony harpuna otwierają się, chwytając zwierzę. Islandzkie przepisy stanowią, że zwierzę należy natychmiast uśmiercić. Należy unikać wielorybów ciężarnych i karmiących. W praktyce uśmiercenie może trwać znacznie dłużej. Na przykład w czerwcu tego roku jeden płetwal błękitny wymagał czterech strzałów i szacuje się, że śmierć trwała 31 minut”.

Żal.

Sobotnia decyzja Islandczyków odsuwa powrót do tematu akcesji na lata. Należę do osób, które przyjęły ten werdykt z dużym smutkiem. Naszej Unii jak tlenu potrzebny był sygnał, że w tym szalonym świecie, w czasie zaburzonych relacji transatlantyckich szybko na pokładzie pojawi się solidny, przewidywalny partner. Zdaniem ekspertów mielibyśmy Islandię w naszym gronie za 2-3 lata. Stało się inaczej. Trzeba uszanować demokrację.

Ale jeszcze bardziej mi żal wielorybów.  Serio.

Maciej Zakrocki

COPYRIGHTS BCC
CREATED BY 2SIDES.PL