„Udało nam się. Doprowadziliśmy do końca negocjacje nad „matką” wszystkich umów. Tworzymy rynek liczący 2 miliardy ludzi. To opowieść o dwóch gigantach – drugiej i czwartej co do wielkości gospodarce świata. Dwóch gigantach, którzy stawiają na partnerstwo, w prawdziwie korzystnym dla obu stron modelu. Wysyłamy mocny przekaz, że współpraca to najlepsza odpowiedź na globalne wyzwania”. To fragment oświadczenia Ursuli von der Leyen z 27 stycznia, wygłoszonego w New Delhi zaraz po podpisaniu umowy handlowej Unii z Indiami. Czy przed nami kolejna polityczna i uliczna batalia o – tym razem – „matkę wszystkich umów”?
Ta informacja dla wielu sceptyków czy przeciwników umów handlowych to grom z jasnego nieba. Jeszcze nie ma finału jeśli chodzi o umowę z państwami Mercosuru, jeszcze nie opadł kurz po tysiącach traktorów, które w ramach protestu krążyły po ulicach Paryża, Strasburga, Warszawy czy Brukseli, a tu masz ci los: kolejna umowa i to z Indiami? Najliczniejszym państwem świata? Znowu Komisja Europejska, za naszymi plecami, nie konsultując, nie pytając o zdanie robi takie rzeczy? Niestety, już słychać podobne opinie.
Może rzeczywiście za mało jest dobrej, zrozumiałej komunikacji z obywatelami, gdy jeszcze toczą się negocjacje? Może więcej powinno być aktywności instytucji Wspólnoty, ale też rządów państw w procesie wyjaśniania, tłumaczenia, pokazania korzyści i ewentualnych zagrożeń? Wtedy nie byłoby tego efektu zaskoczenia, oskarżeń głównie ze strony populistów, że znowu coś się dzieje bez wiedzy obywateli, że stracą te czy inne branże. Przy takiej narracji łatwo będzie znowu wyciągnąć ludzi na ulice, bo hasło typu: umowa zabije europejskie rolnictwo jest proste i rozpala emocje. A prawda, jest niestety dużo bardziej złożona.
Skąd się biorą umowy?
Umowy handlowe Unii Europejskiej nie spadają z nieba. Najczęściej są efektem wieloletniego procesu, setek godzin spędzonych na rozmowach, konsultacjach, zbieraniu opinii. Dość przypomnieć, że początek rozmów z państwami Mercosuru to końcówka lat 90. XX wieku! Umowa z Indiami zaczęła być negocjowana w 2007 roku. W 2013 r. rozmowy były zawieszone i wrócono do nich w 2022. W październiku 2025 r. odbyła się 14, ostatnia formalna runda negocjacyjna. Zawsze jest zatem bardzo dużo czasu, by się nimi zainteresować, śledzić przebieg, a ci którzy mają taką możliwość, powinni aktywnie uczestniczyć w kształtowaniu konkretnych zapisów. Prześledźmy w skrócie proces powstawania umów: od idei, do wejścia w życie.
W zasadzie dwa artykuły Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej, 207 i 218 wszystko wyjaśniają. Może jednak dla niektórych są napisane zbyt „żargonowo”, więc spróbuję przełożyć „na nasze”. Handel należy do tzw. wyłącznej kompetencji Unii Europejskiej. Chodzi bowiem o to, że skoro mamy wspólny rynek, to muszą nim rządzić jednolite zasady. Nie może przecież być tak, że np. inne cła na import kawy ma Francja czy Polska, skoro mamy swobodny przepływ towarów w ramach 27 państw. Na marginesie nie wie o tym Donald Trump, bo niedawno w związku z konfliktem o Grenlandię, chciał nałożyć cła na 6 europejskich państw. A skoro to kompetencja Unii, to umowami zajmują się unijne instytucje.
Komisja Europejska ma swoją Dyrekcję Generalną odpowiedzialną za sprawy handlu. Jej urzędnicy i doproszeni eksperci analizują, z jakimi państwami lub grupą państw warto by było zawrzeć umowę. Gdy taki partner się wyłania, to dobrze opracowana propozycja umowy ze wszystkimi ocenami korzyści trafia do Rady UE, czyli instytucji zrzeszającej przedstawicieli rządów państw członkowskich. Ci dokonują własnej oceny i jeśli są „za” opracowują mandat negocjacyjny dla Komisji Europejskiej. I tu pierwsza rzecz wymagająca podkreślenia: Komisja nie prowadzi sama negocjacji, tylko działa na podstawie mandatu, jaki otrzyma od rządów! Wspomniany art. 207 nie zostawia wątpliwości: Komisja prowadzi rokowania w sprawie umowy w konsultacji ze specjalnym komitetem wyznaczonym przez Radę w celu wsparcia jej w tym zadaniu i w ramach wytycznych, które Rada może do niej kierować. Komisja regularnie składa specjalnemu komitetowi i Parlamentowi Europejskiemu sprawozdanie z postępu w rokowaniach.
Oznacza to, że wszyscy, którzy twierdzą, że Komisja się szarogęsi, robi coś w tajemnicy, a potem zaskakuje gotowym dokumentem – delikatnie mówiąc – mijają się z prawdą. Co więcej – poza tą opisaną procedurą – regularnie zbiera się Rada Europejska czyli szefowie państw i rządów i podczas ich obrad także wraca temat negocjowanych umów. Dlatego rację mają obecnie rządzący, że sprawa umowy z państwami Mercosuru pojawiała się w konkluzjach Rady za rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego i oboje premierzy mogli mieć wpływ na los negocjacji. Oto dwa przykłady:
Z konkluzji Rady 9 marca 2017: „UE będzie nadal aktywnie współpracować z międzynarodowymi partnerami handlowymi. Obejmuje to zdecydowane dążenie do postępów we wszystkich trwających negocjacjach w sprawie ambitnych i wyważonych umów o wolnym handlu, w tym z Mercosurem i Meksykiem”;
Konkluzje Rady 22-23 czerwca 2017: p.18. Rada Europejska zachęca do czynienia postępów we wszystkich trwających negocjacjach – m.in. z Meksykiem, Mercosurem oraz regionem Azji i Pacyfiku – dotyczących ambitnych i wyważonych umów o wolnym handlu, których zasadami przewodnimi są wzajemność i obopólne korzyści.
Wypełnić kupon
Widzimy więc, że rządy mają stały nadzór nad prowadzonymi negocjacjami i decydujący wpływ na końcowy kształt umowy handlowej. Ale też – co widać w przytoczonym fragmencie art. 207 TFUE – Parlament Europejski jest także na bieżąco informowany o przebiegu rozmów. Działa w nim komisja handlu międzynarodowego i jeśli ktoś tylko chce, interesuje się, czyta dokumenty, to nie może potem udawać, że jest zaskoczony. Warto zwrócić uwagę na kalendarium związane z końcowym procesem podpisania umowy UE-Mercosur. Negocjacje zakończono 6 grudnia 2024 roku. I dopiero wtedy zaczęły się na dobrą sprawę protesty przeciwko umowie, zarówno organizacji rolniczych, jak i części rządów, które raczej nie były na „nie”, tylko chciały mówić w imieniu swoich zbuntowanych rolników.
Uaktywnili się posłowie do Parlamentu Europejskiego tworząc nieformalną grupę sprzeciwu, a widząc, że będzie wystarczająca większość rządów, które opowiedzą się za umową, zaczęli szukać innego sposobu jej zablokowania. Skorzystali z art. 218 p.11, który brzmi: Państwo Członkowskie, Parlament Europejski, Rada lub Komisja mogą uzyskać opinię Trybunału Sprawiedliwości w sprawie zgodności przewidywanej umowy z Traktatami. W przypadku negatywnej opinii Trybunału, przewidywana umowa nie może wejść w życie, chyba że nastąpi jej zmiana lub rewizja Traktatów. Tak powstała pierwsza rezolucja w sprawie wniosku do TSUE, nad którą mocno pracowali także posłowie z naszej koalicji rządzącej, a widząc, że można coś na tym politycznie ugrać, w ostatniej chwili powstała druga rezolucja, o niemal identycznej treści, którą firmowała parlamentarna prawica z PiS-em i Konfederacją na czele. Wszystko tuż przed zaplanowanym na grudzień uroczystym podpisaniu umowy w imieniu UE przez Ursulę von der Leyen w Brazylii.
W wyniku presji PE uroczystość przełożono. 9 stycznia 2026 roku umowę przyjęły rządy w Radzie, 17 stycznia w Paragwaju była uroczystość podpisania, a 21 stycznia PE przyjął rezolucję (tę pierwszą zgłoszoną przez centrolewicę), w której prosi TSUE o wydanie opinii prawnej. Ale to nie koniec zaskoczeń i działań w ostatniej chwili. Gdy to wszystko się już wydarzyło, pojawiła się informacja, że Komisja Europejska prawdopodobnie zaproponuje tymczasowe uruchomienie umowy, nie czekając na opinię TSUE (to może być nawet za dwa lata). Jak to? Znowu się szarogęsi, lekceważy procedury, przepycha kolanem, drwi z Parlamentu Europejskiego?
Ciekawa informacja pojawił się kilka dni temu na łamach „Rzeczpospolitej”. Otóż gazeta wysłała do rzecznika Komisji Europejskiej pytanie, czy mimo że umowa została przekazana do TSUE, jest możliwe tymczasowe zastosowanie przejściowego komponentu handlowego, który umożliwia handel na preferencyjnych warunkach celnych?
„Odpowiadając na pytanie: tak, jest to prawnie możliwe” – odpisał Rzeczpospolitej Olof Gill, rzecznik Komisji Europejskiej. Odesłał przy tym do wypowiedzi Ursuli von der Leyen, przewodniczącej KE i Antoniego Costy na konferencji prasowej po nieformalnym posiedzeniu Rady UE 23 stycznia. „Rada zdecydowała, nie tylko by udzielić KE pozwolenia na podpisanie tego porozumienia, ale też zdecydowała na prowizoryczne stosowanie porozumienia z Mercosurem – mówił Antonio Costa. „To jest stanowisko Rady. Zachęcam Komisję do skorzystania z tej decyzji Rady i wdrożenia tymczasowego stosowania porozumienia z Mercosurem” – dodał Antonio Costa. To skąd znowu to zdziwienie? Znowu ktoś nie doczytał, nie usłyszał? A tu jest jasno powiedziane: nie Komisja ale rządy tego chcą!
Do pełnego obrazu procesu tworzenia umów handlowych należy jeszcze dodać ważne ciała doradcze, jakimi są Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny i Komitet Regionów. Przypomnę, że w EKES-ie swoją reprezentację ma też BCC. Nie mają one kompetencji legislacyjnych, ale przygotowują swoje opinie, które są uważnie analizowane przez Komisję Europejską. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę EKES i Mercosur i pojawi się szybko opinia z 15 czerwca 2011 roku (!), której autorem był José María Zaufiaur Narvaiza, hiszpański działacz związków zawodowych. Mamy więc dowód, że także głos organizacji pracodawców, związków zawodowych i tzw. trzeciego sektora był obecny w dyskusji o tej umowie handlowej. Ale oczywiście tak jest w przypadku każdej innej.
Dobrze o tym wiedzieć, gdy rozpalona zostanie kolejna debata, tym razem o umowie z Indiami. Nawet można ponarzekać, że proces kształtowania umów jest tak rozbudowany co często wpływa na długi czas dochodzenia do ostatniej kropki. A tym, którzy będą nam wmawiać, że coś jest nagle, po kryjomu, nietransparentne, zalecajmy, by odrobili lekcję i trochę poczytali.
Maciej Zakrocki







