„Chodzi o to, by świat nie zamienił się w jaskinię rabusiów, gdzie pozbawieni skrupułów ludzie biorą, co chcą, gdzie regiony, a nawet całe kraje, są traktowane jak własność kilku mocarstw. Gdzie nawet państwa średniej wielkości, takie jak nasze, są spychane na margines historii, a mniejsze i słabsze państwa pozostają całkowicie bezbronne”.
Te niezwykle mocne, ale też doskonale obrazujące stan świata na początku 2026 roku wypowiedział 7 stycznia prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier na sympozjum Fundacji Körbera zatytułowanym „Demokracja jako misja”. Rola prezydenta Niemiec jest ograniczona do funkcji reprezentacyjnych i ceremonialnych, ale może dlatego niemiecki polityk, kiedyś minister spraw zagranicznych, mógł powiedzieć to, co wielu także myśli, ale powiedzieć nie może.
Podczas tego wystąpienia Frank-Walter Steinmeier nie wymieniając nazw i nazwisk powiedział także, że mamy do czynienia z „rozpadem wartości u naszego najważniejszego partnera, Stanów Zjednoczonych, które pomogły zbudować ten porządek świata”, co wyraźnie odnosiło się do porwania prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro i gróźb Donalda Trumpa dotyczących zajęcia Grenlandii. „Moim zdaniem minęliśmy już etap, w którym możemy narzekać na brak poszanowania prawa międzynarodowego lub erozję porządku międzynarodowego. Uważam, że jesteśmy już daleko poza tym” – mówił niemiecki prezydent.
To naprawdę jest groźne.
Dla nas wszystko to, co się ostatnio dzieje za sprawą Donalda Trumpa ma kluczowe znaczenie. Może bowiem zachęcić Rosję do ostrzejszych działań wobec Ukrainy nie bacząc już na żadne ograniczenia w prawie międzynarodowym. Mogą wrócić do głów niektórych kremlowskich zbrodniarzy pomysły z początku agresji w lutym 2022 roku, by porwać i wywieźć z Ukrainy Wołodymira Zełeńskiego, a może nawet postawić go przed sądem oskarżając o terror wobec rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy, faszyzm, rządzenie bez odnowionego mandatu wyborczego.
Olbrzymim zagrożeniem są zapowiedzi przejęcia kontroli nad Grenlandią. „Chcemy osiągnąć porozumienie w sprawie Grenlandii, ale jeśli nie uda się tego zrobić polubownie, zrobimy to w trudniejszy sposób”- mówił Donald Trump w miniony piątek. Na pytanie, czy nie przeszkadza mu, że to terytorium formalnie duńskie, amerykański prezydent powiedział: „Fakt, że przypłynęli tam łodzią 500 lat temu, nie oznacza jeszcze, że ta ziemia do nich należy”. Gdyby chcieć szukać analogii, to warto przypomnieć, że słynny żaglowiec Mayflower z setką osadników przypłynął do Ameryki nieco ponad 400 lat temu rozpoczynając kolonizacją tych ziem i dając początek Stanom Zjednoczonym. Czyli to nie oznacza – panie prezydencie, że ta ziemia do was należy?
Problem jednak jest naprawdę bardzo poważny, bo wiele można sobie wyobrazić, gdy Donald Trump mówi: „Zrobimy coś z Grenlandią, czy im się to podoba, czy nie”. Tym bardziej, że jego rzeczniczka Karoline Leavitt, przecież nie z własnej inicjatywy, wydała oświadczenie, w którym to „coś” wyraźnie określiła: „Prezydent i jego zespół omawiają szereg opcji dotyczących sposobu realizacji tego ważnego celu polityki zagranicznej, a wykorzystanie sił zbrojnych USA jest oczywiście zawsze opcją, którą Dowódca ma do dyspozycji“. Po tym oświadczeniu duński dziennik „Berlingske” przesłał pytanie do ministerstwa obrony, czy zasady użycia siły przez duńską armię, wprowadzone w 1952 roku, nadal obowiązują. Chodzi o zasadę, że w przypadku ataku na terytorium Danii duńscy żołnierze mają natychmiast podejmować kontrataki, nie czekając na rozkazy. Odpowiedź była twierdząca. To dlatego premier Danii Mette Frederiksen powiedziała wprost: „akcja militarna USA na Grenlandii będzie w praktyce oznaczać koniec NATO”.
Cztery partie opozycyjne w Danii zaapelowały do pani premier o wysłanie europejskiego kontyngentu wojskowego na Grenlandię. To byłaby właściwa odpowiedź na rosnące napięcia z USA, które według polityków opozycji grożą przejęciem wyspy. Pelle Dragsted, lider ugrupowania Czerwono-Zieloni, napisał na platformie X: “Dania, kraje nordyckie i Europa muszą zrobić wszystko, by bronić Grenlandii i jej mieszkańców“. Rzeczywiście gdyby – odpukać – jakieś siły amerykańskie poza obecnie stacjonującym kontyngentem pojawiły się na wyspie, to naprzeciw nim stanie duńskie Dowództwo Arktyczne (Arktisk Kommando), stacjonujące w Nuuk. W jego skład wchodzi 250–300 żołnierzy, znanych m.in. z wykorzystywania …. psich zaprzęgów w trudnych warunkach arktycznych.
Europejska reakcja
Liderzy europejscy znaleźli się w trudnej sytuacji. Wiedzą, że zrazić Donalda Trumpa jest łatwo, ale też rozumieją, że bez niego szanse na zakończenie walk w Ukrainie są niewielkie. Stąd bardzo ostrożne wypowiedzi po akcji w Wenezueli czy groźbach przejęcia kontroli nad Grenlandią. W tej sprawie pojawiło się oświadczenie, ale podpisane tylko przez szefów rządów 7 państw: Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Danii, Włoch, Polski i Hiszpanii. „Dania i Grenlandia, i tylko one, mogą decydować o sprawach dotyczących Danii i Grenlandii” – napisali.
Podkreślając, że podobnie jak USA, zależy im na bezpieczeństwie Arktyki, europejscy sygnatariusze stwierdzili, że musi to zostać osiągnięte przez sojuszników NATO, w tym Stany Zjednoczone, „zbiorowo”. Zaapelowali również o „przestrzeganie zasad Karty Narodów Zjednoczonych, w tym suwerenności, integralności terytorialnej i nienaruszalności granic”.
Na nieco bardziej odważne słowa pozwolił sobie 7 stycznia w Nikozji Antonio Costa, szef Rady Europejskiej, podczas uroczystości rozpoczęcia cypryjskiej prezydencji. „Cypr przejmuje stery Rady w niezwykle trudnym momencie, gdy międzynarodowy porządek oparty na zasadach jest zagrożony, multilateralizm podważany, uczciwy handel i fundamentalne zasady Karty Narodów Zjednoczonych są kwestionowane. Historia okupacji i podziałów Cypru daje mu wyjątkowe doświadczenie i zrozumienie czym są kluczowe wartości prawa międzynarodowego dla pokoju i stabilności między narodami”.
Powiedział też kilka słów bezpośrednio odnoszonych się do Grenlandii. „W sprawie Grenlandii pozwólcie mi wyrazić się jasno: Grenlandia należy do swoich obywateli. Niczego nie można postanowić w sprawie Danii ani Grenlandii bez Danii, ani bez Grenlandii. Mają oni pełne, solidne poparcie i solidarność Unii Europejskiej. Europa pozostanie zdecydowanym i niezłomnym obrońcą prawa międzynarodowego i multilateralizmu”.
Rzeczywiście doświadczenie Cypru jest dobrym przykładem, jak łamanie zasad w prawie międzynarodowym boleśnie odbija się na życiu ludzi. Przypomnę, że Cypr przystąpił do UE 1 maja 2004 roku w ramach wielkiego rozszerzenia, którego beneficjentem była też Polska. I tak do Unii Europejskiej należy całe terytorium wyspy, ale de facto tylko 2/3, bowiem pozostałą część od tureckiej inwazji w 1974 roku zajmuje nieuznawana na arenie międzynarodowej Republika Turecka Cypru Północnego. Mamy więc taki oto dziwny stan, kiedy to Turkowie cypryjscy posiadający unijne dokumenty podróży lub kwalifikujący się do ich otrzymania są obywatelami Unii, ale jednocześnie stosowanie prawa unijnego jest zawieszone na obszarach, nad którymi rząd Republiki Cypryjskiej nie sprawuje rzeczywistej kontroli…
Cypryjskie doświadczenie nadzieją.
To dlatego, otwierający cypryjską prezydencję – nie ukrywając jak gorzkie są to słowa -prezydent Nikos Christodulidis mówił: „mam zaszczyt powitać Państwa tutaj, na Cyprze, w najdalej na południowy wschód wysuniętym punkcie Europy, na ceremonii otwarcia cypryjskiej prezydencji w Radzie UE. Tutaj, w ostatniej okupowanej stolicy naszego kontynentu. W mieście, które jest ucieleśnieniem tego, co jest stawką w kwestii pokoju, bezpieczeństwa i integracji europejskiej”.
Na słowa pana prezydenta odpowiedziała w swoim wystąpieniu przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen: „Nasza Unia nie jest idealna, ale jest obietnicą: że współpraca jest silniejsza niż konfrontacja, że prawo jest silniejsze niż siła. Zasady, które dotyczą nie tylko naszej Unii Europejskiej, ale w równym stopniu np. Grenlandii. Cypr wnosi do swojej prezydencji wyjątkowy autorytet moralny. Jako kraj na skrzyżowaniu kontynentów, kultur i kryzysów, Cypr rozumie strategiczne znaczenie pokoju i stabilności w naszym sąsiedztwie, rozumie pilną potrzebę bezpieczeństwa w niepewnym świecie oraz trwałą wartość prawa międzynarodowego”.
Oczywiście siła oddziaływania tego państwa jest niewielka, ale to nie znaczy, że należy uznać nadchodzące 6 miesięcy prezydencji za czas stracony. Tym bardziej, że władze w Nikozji postanowiły wykorzystać swój czas do zmuszenia Europy zajęcia się poważnie tym, o czym dyskutujemy od lat: większą autonomią naszej Wspólnoty. Już samo motto przewodnictwa zwraca na ten aspekt uwagę: „Unia autonomiczna. Otwarta na świat”. Tę autonomię zdaniem Cypryjczyków można osiągnąć przez zwiększenie samodzielności w polityce obronnej i bezpieczeństwa, lepszą konkurencyjność unijnej gospodarki i odpowiednio skonstruowany, nowy, siedmioletni budżet. Nasza Unia oparta na wartościach, które ciągle są dla nas ważne nikogo nie wyklucza, kto je podziela. Stąd nadzieja na dalsze rozszerzenie UE, w tym na rychłe rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych z Ukrainą i Mołdawią.
Tym razem się uda?
Wydaje się, że jest wystarczająco dużo irytacji w Europie sygnałami wysyłanymi z Waszyngtonu, by tę proponowaną przez Emmanuela Macrona już w 2017 roku autonomię zacząć naprawdę budować. Nie podważać sensu utrzymywania dobrych relacji transatlantyckich. Nikt rozsądny nie przekreśla znaczenia Stanów Zjednoczonych na świecie, roli tego państwa jako gwaranta bezpieczeństwa dla nas, ale też dla Ukrainy. Byłoby jednak błędem i stratą czasu, gdyby zwyciężył pogląd, że nie ma co zmieniać – Trumpa trzeba po prostu przeczekać.
Po pierwsze to dopiero początek: 20 stycznia minie rok z czteroletniej kadencji. Po drugie nikt nie da nam gwarancji, że po Donaldzie Trumpie w Białym Domu pojawi się prezydent myślący o świecie, prawie międzynarodowym, wartościach, znaczeniu relacji transatlantyckich tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Dlatego nie ma co czekać. Jak mówił prezydent Nikos Christodulidis: „obecna sytuacja geopolitycznej niepewności to szansa dla Unii Europejskiej, by wyjść z niej jeszcze silniejsza, jeszcze bezpieczniejsza, jeszcze bardziej zjednoczona I jeszcze bardziej strategicznie niezależna. Unia, która chroni swoich obywateli, granice, infrastrukturę i interesy, a jednocześnie jest Unią otwartą na świat, która w obecnym niestabilnym otoczeniu międzynarodowym pozostaje filarem bezpieczeństwa, stabilności i wartości”.
Musimy uwierzyć, że to możliwe. Inaczej staniemy się bezradni wobec tych czy innych rabusiów w jaskini.
Maciej Zakrocki






