W kwietniu 1998 roku Patrick La Prairie z francuskiego dziennika „Ouest-France” zaproponował zorganizowanie konkursu na unijne hasło. Mieli je wymyślić uczniowie szkół średnich z ówczesnych 15 państw członkowskich Unii Europejskiej. Pomysł się spodobał i konkurs zorganizowano. Napłynęło 80 tysięcy haseł! Zwycięską propozycję wyłoniło jury pod przewodnictwem byłego przewodniczącego Komisji Europejskiej, słynnego Jacques’a Delorsa. Wybrane hasło to: Zjednoczeni w różnorodności. Gdy zakończył się ostatni szczyt Rady Europejskiej od razu o nim pomyślałem.
To co wtedy ujęło jury konkursu w tym sloganie to idealne odzwierciedlenie istoty naszej Wspólnoty. Jednoczymy się na rzecz pokoju i dobrobytu, a jednocześnie czerpiemy bogactwo z wielu różnych kultur, tradycji i języków kontynentu. W procesie podejmowania decyzji staramy się uwzględniać tę różnorodność, specyfikę każdego państwa, jego aktualne problemy, ale celem w tym w żmudnym procesie „ucierania” stanowisk jest doprowadzenie do kompromisu, popieranego przez wszystkich. By na koniec pozostać zjednoczonymi w różnorodności.
Trudny początek
Już na początku szczytu różnorodność ujawniła się całą mocą. Liderzy mieli w zasadzie przyjąć zaproponowany przez szefa Rady Antonia Costę rozdział konkluzji dotyczący konkurencyjności. Przypomnijmy, że zanim zacznie się szczyt ambasadorowie państw członkowskich przy UE spotykają się, rozmawiają, negocjują. Przywódcy mają się do tego odnieść i po ewentualnych drobnych korektach przyjąć. Tymczasem państwa grupy Wyszehradzkiej, przy wsparciu Włoch i Grecji zaczęły twardo domagać się głębszej rewizji systemu handlu emisjami ETS niż to było zaplanowane oraz odroczenia wejścia w życie ETS2, który dotyczy emisji w budownictwie i transporcie. Premierzy z tych państw dowodzili, że nie da się poważnie rozmawiać o konkurencyjności, obniżaniu cen energii dla rodzin i przemysłu, wprowadzając obciążenia wynikające z tych systemów.
Doszło do impasu, szef Rady Antonio Costa odwołał konferencję prasową, na której miał ogłosić sukcesy z pierwszego dnia spotkania. Postanowił przenieść dyskusję na czas kolacji, może licząc, że smaczne jedzenie i kieliszek dobrego alkoholu ułatwi porozumienie. Podano krem z dyni z kawałkami kasztanów, na danie główne był pieczony turbot w sosie szampańskim, a na deser – winogrona, śliwki i krem z dodatkiem armaniaku. Ostatecznie udało się sformułować zapisy, na które zgodzili się wszyscy (do przyjęcia konkluzji Rady musi być jednomyślność). Ale były one dość odległe od zaplanowanych i dla uzyskania kompromisu nieco ogólnikowe.
W punkcie 9 czytamy: „Rada Europejska wzywa Komisję do zaktualizowania oceny wszystkich skutków ETS2, w szczególności jego struktury i zabezpieczeń”. Co do kierunku w jakim powinniśmy jednak iść mamy zapis w punkcie 10: „Przypominając o nadrzędnej potrzebie zmniejszania zależności UE od niestabilnych rynków paliw kopalnych, Rada Europejska podkreśla, że transformacja energetyczna pozostaje najskuteczniejszą strategią osiągnięcia strategicznej autonomii Europy, wzmocnienia odporności, strukturalnego obniżenia cen energii oraz zapewnienia dużych ilości czystej rodzimej energii, która jest potrzebna do zasilania gospodarki przyszłości”.
Temat zamyka punkt 11: „W kontekście trwającego przeglądu systemu ETS i w celu wspierania konkurencyjności przemysłowej Europy Rada Europejska powtarza, że należy pilnie zapewnić dobrze funkcjonujący, przejrzysty i przewidywalny rynek emisji, aby zapewnić skuteczną ochronę przed ucieczką emisji, ograniczyć zmienność opłat emisyjnych i złagodzić jej wpływ na ceny energii elektrycznej, a jednocześnie utrzymać zasadniczą rolę ETS w transformacji klimatyczno-energetycznej dzięki rynkowemu sygnałowi cenowemu dotyczącemu emisji dwutlenku węgla pobudzającemu inwestycje i innowacje”.
W Polsce ETS szczególnie przez obecną opozycję, jest najczęściej traktowany jako chory system niszczący naszą konkurencyjność, drenujący kieszenie ludzi i biznesu. Kompletnie pomija się fakt, że towarzyszy nam praktycznie od początku członkostwa w Unii i miał na celu przekształcenie naszej energetyki z brudnej, węglowej, emitującej nie tylko CO2, ale i wiele innych szkodliwych dla zdrowia substancji w energetykę czystą. Z oficjalnych danych wynika, że w latach 2013–2025 z ETS do naszego budżetu wpłynęło ok. 138,6 – 141 mld zł. Jednocześnie z różnych analiz, raportu NIK-u dowiadujemy się, że znikoma część tych środków została przeznaczona zgodnie z celem transformacji. Dzisiaj oskarża się mityczną Unię o wysokie ceny energii, pomijając fakt, że tam, gdzie dokonano transformacji, cena za megawatogodzinę (MWh) to 70 euro. Tam gdzie tego nie zrobiono – 145 euro. Jeśli dalej minister finansów będzie korzystał z pieniędzy generowanych przez ETS na inne cele, za kilka lat będziemy znowu narzekać na Unię…
Wracając na szczyt.
Batalia o ETS, ETS2 zdezorganizowała Radę i wywołała sporo napięć między przywódcami. Na szczęście połączył ich kolejny temat, gdzie było dużo więcej zgody zarówno co do oceny sytuacji, jak i koniecznych środków, które trzeba podjąć by ją poprawić. To stosunki gospodarczo-handlowe z Chinami. Dobitnie ich stan wynika z krótkiej prezentacji danych, przedstawionych przez Ursulę von den Leyen. „Wszyscy zgadzamy się, że Chiny są dla UE ważnym partnerem handlowym. Chcemy, aby to partnerstwo było uczciwe, zrównoważone i korzystne dla obu stron. Wymaga to jednak znaczącego przywrócenia równowagi – i to szybko. W 2025 roku nasz deficyt w handlu z Chinami wynosił miliard euro dziennie. W 2026 roku będzie jeszcze wyższy. Jest to problem strukturalny, którego nie da się utrzymać na dłuższą metę. Wszyscy jesteśmy zgodni, że tak dalej być nie może”.
To co trzeba zrobić? Niektóre rzeczy wydarzyły się już przed szczytem. Otóż komisarz UE ds. handlu Maroš Šefčovič w dniach 8–9 października był w Pekinie na konsultacjach, z których przywiózł trzy „wspólne ustalenia”. Jednym z głośniejszych jest zgoda Chin na ograniczenie eksportu do Unii pojazdów hybrydowych oraz hybrydowych typu plug-in. Drugim jest zgoda Chin na obniżenie cła na niektóre europejskie towary, w tym części samochodowe, oliwę z oliwek i obuwie, co pozwoli zaoszczędzić około 225 mln euro z tytułu opłat celnych. Niewiele, ale zawsze coś. Trzecie „wspólne porozumienie” zakłada utworzenie „zielonego kanału”, który ma ułatwić uzyskiwanie zezwoleń na handel metalami ziem rzadkich oraz magnesami trwałymi.
Dodatkową podpowiedź co robić z nierównością relacji UE-Chiny zaproponowali przed posiedzeniem Rady Emanuel Macron i Friedrich Merz we wspólnym liście do przewodniczącej Komisji Europejskiej. Otóż napisali oni, że „obecny zestaw narzędzi ochrony handlu przestał być skuteczny”. Zaproponowali instrument wzorowany na amerykańskiej „sekcji 301”, który umożliwiałby ograniczenie lub całkowite zablokowanie dostępu do jednolitego rynku europejskiego w sytuacji, gdy „partner handlowy dopuszcza się poważnych i systemowych zakłóceń w handlu”. Postulowali również wprowadzenie mechanizmu dywersyfikacji, mającego na celu zmniejszenie zależności od pojedynczych dostawców kluczowych komponentów, w tym wspomnianych metali ziem rzadkich i magnesów.
Ten kierunek został na Radzie Europejskiej zaakceptowany i można było pójść dalej.
Ukraina
W tej sprawie najbardziej było widać zjednoczenie w różnorodności. Jeszcze niedawno trzeba było pisać oddzielne konkluzje w sprawie Ukrainy, bo nie zgadzał się na nie systemowo Viktor Orban, a czasem też Robert Fico. Żeby uchwalić pożyczkę dla Kijowa wymyślono „konstruktywną nieobecność”, czyli ówczesny premier Węgier miał wyjść na kawę i wtedy podejmowano decyzję. Teraz – szczególnie w obliczu groźnej zmiany podejścia Donalda Trumpa do Ukrainy, łagodzenia sankcji wobec Rosji przez USA i wolę kupowania u niej ropy, unijni przywódcy zachowali jedność i determinację.
Właściwie wszystko zawarto w 14 punkcie konkluzji: „Rada Europejska potwierdza swoje niezmienne, zdecydowane i niezachwiane poparcie dla niezależności, suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy w jej granicach uznanych przez społeczność międzynarodową. Unia Europejska będzie nadal udzielać Ukrainie i jej ludności – w koordynacji z partnerami o zbliżonych poglądach i sojusznikami – kompleksowego wsparcia politycznego, finansowego, gospodarczego, humanitarnego, wojskowego i dyplomatycznego”.
Nawet prośba obecnego na tej części szczytu Wołodymira Zełeńskiego o dodatkowe 70 mld euro poza przyznaną wcześniej pożyczką w wysokości 90 mld euro została przyjęta ze zrozumieniem. „Od razu uzgodniliśmy, że musimy zająć się dodatkowymi potrzebami finansowymi Ukrainy w 2027 roku i zwróciliśmy się do Komisji Europejskiej o przedstawienie konkretnej propozycji” – powiedział Antonio Costa. Będą trwały poszukiwania z partnerami poza Unią, jak wygenerować te pieniądze.
Warto też podkreślić, że stale podtrzymywana jest warunkowość pomocy UE i nie mają racji ci, którzy twierdzą, że jest inaczej. Na konferencji po szczycie Ursula von der Leyen powiedziała bardzo wyraźnie: „Po pierwsze, jeśli chodzi o obronność, przyspieszamy udzielanie pomocy w zakresie najpilniejszych potrzeb Ukrainy. Instrument wsparcia finansowego dla Ukrainy przynosi efekty – w ramach jego komponentu obronnego wypłaciliśmy już blisko 16 miliardów euro. Po drugie, kontynuujemy wsparcie dla budżetu Ukrainy. Do końca roku możliwe jest uruchomienie kolejnych 17 miliardów euro, pod warunkiem że Ukraina przeprowadzi niezbędne reformy”.
WRF
Różnorodne podejście ujawniło się natomiast ponownie podczas dyskusji nad punktem, który zawsze w naszej Unii rodził wielkie emocje i spory. Chodzi o przyszłe Wieloletnie Ramy Finansowe czyli siedmioletni budżet Wspólnoty. W poprzednim tekście opisałem dokładnie dokument irlandzkiej prezydencji, tzw. negobox, który był podstawą do dyskusji szefów państw i rządów. Podczas posiedzenia Rady „oszczędni” powtórzyli swoje argumenty, że trzeba unijny budżet ciąć bardziej, niż to zaproponowali Irlandczycy. Stojący na czele tej grupy kanclerz Merz ponownie wezwał do „znacznego ograniczenia całkowitej puli środków unijnych”, argumentując to chęcią zmniejszenia obciążeń dla niemieckich podatników, którzy w ramach składki wpłacają najwięcej do unijnej kasy. Będący w grupie „oszczędnych” holenderski premier Rob Jetten przekonywał, że „budżet powinien w większym stopniu koncentrować się na kwestiach bezpieczeństwa, konkurencyjności i migracji, a także zapewniać bardziej sprawiedliwy podział kosztów”.
„Przyjaciele spójności” z tak wpływowymi liderami jak Giorgia Melonii, Emanuel Macron, Pedro Sánchez czy Donald Tusk nalegali, by unikać dalszych cięć i nie przeciągać negocjacji na temat budżetu. „Cięcia w unijnym funduszu na rzecz konkurencyjności są sprzeczne z raportem Draghiego” – stwierdził francuski prezydent, dodając, że niekonsekwentne jest popieranie apelu Mario Draghiego o zwiększenie inwestycji w kluczowe sektory przy jednoczesnym ograniczaniu w przyszłym budżecie UE nakładów na przemysł. Przy okazji ostrzegł, że w okresie zbliżającym się do wyborów prezydenckich we Francji w kwietniu 2027 roku nie będzie już dysponował mandatem politycznym pozwalającym na podpisanie budżetowego porozumienia.
Włoska premier z kolei podkreśliła, że środki przekazywane biedniejszym regionom – które nie cieszą się popularnością wśród krajów północnych Europy – mają kluczowe znaczenie dla zwiększenia konkurencyjności w innych państwach i zażądała powstrzymania się od cięć na politykę spójności. Polski premier w tej sprawie ma identyczne zdanie. To co budzi sprzeciw naszego rządu to niektóre pomysły dotyczące tzw. zasobów własnych, czyli dodatkowych źródeł finansowania unijnego budżetu. Jeden z nich to pomysł, by część pieniędzy z ETS nie „szła” do budżetu państwa, tylko do wspólnej kasy. Czyli, że nasz budżet z tego tytułu straci. Ale – o czym pisałem wyżej – pozostaje pytanie czy minister Andrzej Domański pieniądze z ETS przeznaczy na energetykę czy coś innego.
Co zatem znalazło się w konkluzjach na temat WRF? „Rada Europejska zwraca się do swojego przewodniczącego o kontynuowanie negocjacji z myślą o odpowiednio szybkim osiągnięciu porozumienia. Porozumienie wypracowane przed końcem 2026 r. umożliwiłoby przyjęcie aktów ustawodawczych w 2027 r., co jest niezbędne do zapewnienia, aby w styczniu 2028 r. unijne finansowanie docierało do beneficjentów w sposób nieprzerwany”.
Trzymamy kciuki za Antonia Costę i irlandzką prezydencję, ale i za liderów, którzy tak dzisiaj różnorodni w tej sprawie, na koniec będą zjednoczeni.
Maciej Zakrocki






