Doktryna Trumpa.

15.12.2025

W historii amerykańskiej myśli politycznej izolacjonizm, czyli brak zainteresowania Europą ma długą historię. Już Jerzy Waszyngton zakładał unikanie stałych sojuszy politycznych. Jasno sprawę postawił prezydent James Monroe, który w 1823 roku stworzył doktrynę zamykającą obszar zainteresowania Stanów Zjednoczonych do obu Ameryk. Po wyjątkowo aktywnej obecności USA w Europie w końcówce I wojny światowej, znowu przyszły lata izolacjonizmu, który trwał do 1941 roku. Tyle, że tym okresom nigdy nie towarzyszyła wrogość wobec Europy, jak to dzieje się teraz.

Zapowiedź chłodu.

Oczywiście z pierwszej kadencji znaliśmy poglądy Donalda Trumpa na relacje transatlantyckie, jego stosunek do Unii Europejskiej, ze smutkiem patrzyliśmy, jak wspierał te środowiska polityczne w Wielkiej Brytanii, które doprowadziły do brexitu. Panował pogląd, że trzeba to jakoś przeczekać i to w miarę bezboleśnie się udało. Po czterech latach w Białym Domu pojawił się „drogi Joe” i stosunki z Ameryką wróciły do co najmniej przyjaznych. Ale Donald Trump wrócił, a jego najbliżsi współpracownicy zaczęli pod batutą szefa mówić takie rzeczy, które w poprzedniej czterolatce jasnowłosego konserwatysty jednak się nie pojawiały.

Dość przypomnieć wystąpienie J.D. Vance’a na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa w lutym tego roku. Wiceprezydent skrytykował europejską demokrację, oskarżając nas o odejście od własnych wartości, stosowanie cenzury, ignorowanie wyborców i prześladowanie chrześcijan. Mijała właśnie trzecia rocznica rosyjskiej napaści na Ukrainę, a J.D. Vance mówił, że: „największym zagrożeniem dla Europy nie jest Rosja czy Chiny, ale zagrożenie od wewnątrz, odwrót Europy od niektórych z najbardziej podstawowych wartości“. W wywiadzie dla PAP-u prof. Roman Kuźniar tak odniósł się do tych tez: „Młody, arogancki, nieopierzony gość przyjeżdża zza oceanu i mówi nam takie rzeczy dosłownie dwa dni po tym, jak jego szef dzwonił do zbrodniarza na Kremlu i zaprosił go do Białego Domu. To oczywiste, że reakcja Europy musiała być radykalna” – zauważył.

Pan profesor mówił o godzinnej rozmowie Donalda Trumpa z Putinem, która miała miejsce dwa dni przed przemówieniem wiceprezydenta w Monachium. A co do reakcji Europy, była rzeczywiście stanowcza. Niemiecki minister obrony Boris Pistorius stwierdził, że słowa Vance’a, przyrównujące sytuację w Europie do warunków w reżimach autorytarnych, są nie do zaakceptowania. Pistorius zauważył, że Europa, którą opisał Vance, nie jest tą, w której on żyje i działa politycznie. Demokracja w Europie pozwala na funkcjonowanie nawet tak ekstremistycznej partii jak AfD − mówił niemiecki minister. Ale demokracja nie oznacza, że głos mniejszości ma automatycznie rację i może decydować o prawdzie. „Demokracja musi umieć się bronić przed ekstremizmami, które chcą ją zniszczyć. Europa walczy o demokrację, wolność słowa i godność każdego człowieka” – konkludował Boris Pistorius.

Dziennikarka Anna Sauerbrey na łamach Die Zeit pisała:  „Vance pokazał fikcyjny kontynent, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Zarzuty dotyczące rzekomej instrumentalizacji wymiaru sprawiedliwości są absurdalne wobec tego, co dzieje się w Ameryce – ludzie Trumpa zwalniają prokuratorów, ignorują wyroki sądów i starają się dyktować sądom, co mają robić”. Dalej komentatorka tego lewicowo-liberalnego tygodnika pisała: „Amerykanie przyjechali do Monachium, aby pokazać Europejczykom, że Europa nie będzie traktowana jak partner, lecz jak nieistotny dodatek. Drugim powodem była chęć pokazania nowego sojuszu ruchu MAGA i populistów w Europie. Vance wystąpił nie tylko jako przedstawiciel państwa USA, lecz także jako ambasador globalnego ruchu populistów”.

Nadszedł mróz.

Potem wybuchła wojna handlowa, kiedy to Donald Trump zapowiedział wielkie cła na towary z UE. Długie i nerwowe rozmowy doprowadziły do porozumienia łagodzącego pierwotne pomysły. Ale klimat był coraz gorszy. Co prawda prezydent Trump komplementował Ursulę von der Leyen, że jest twardą i dobrą negocjatorką, ale to niczego nie poprawiło. Wiało chłodem, a po tym, co się stało w ostatnich dniach można mówić o mrozie. Wszystko za sprawą publikacji długo oczekiwanej Narodowej Strategii Bezpieczeństwa USA, która w zwięzły sposób formułuje „doktrynę Trumpa” wobec świata, sojuszników, rywali i całej reszty. Publikacji towarzyszyły medialne wystąpienia pana prezydenta, w których mówił jeszcze gorsze rzeczy niż zapisano w Strategii.

Mamy w tym wszystkim echa przywołanego wystąpienia Vance’a, tyle, że teraz to już nie przemówienie „nieopierzonego gościa zza oceanu”, tylko najwyższej rangi dokument strategiczny, stanowiącym punkt odniesienia dla amerykańskiej polityki zewnętrznej. Tu nie ma miejsca na interpretacje – mamy czarno na białym napisane, że polityka USA wobec Europy jaką znaliśmy od dekad, przechodzi do historii. Przy czym to nie będzie taki izolacjonizm jak w okresie międzywojennym, ale polityka nieprzyjazna Europie z próbą ingerowania w nasze demokratyczne procesy!  

Jak napisał Marek Świerczyński, ekspert z Polityka Insight w swojej analizie Strategii: „prognozuje ona ni mniej, ni więcej „cywilizacyjne wymazanie” Europy, jej upadek pod ciężarem migracji, która – jak napisano – zmienia kontynent i powoduje konflikty”. Na dodatek – dodaje Świerczyński – mamy w Europie zjawisko „wprowadzania cenzury ograniczającej wolność słowa i działalność polityczną, załamania demograficznego i utraty narodowych tożsamości. Za kilka dekad, w ocenie Białego Domu, wiele krajów NATO może być w większości zamieszkanych przez nie-Europejczyków. W takiej Europie, piszą stratedzy Trumpa, wiele krajów może nie mieć zdolności ekonomicznych, by być wiarygodnymi sojusznikami militarnymi, a nawet ich obywatele mogą nie widzieć dłużej swojego miejsca w Sojuszu”.

Jakby zupełnie nie rozumiejąc co się stało w Europie po rosyjskim ataku na Ukrainę i jak to wpływa na naszą opinię publiczną, twórcy Strategii uważają, że Europa powinna szukać strategicznej stabilności na kontynencie euroazjatyckim i złagodzić konflikt z Rosją. Amerykanie deklarują nawet pomoc w zarządzaniu stosunkami europejskimi z Rosją!!!! Na dodatek zauważają, że są na szczęście w środkowej, wschodniej i południowej Europie „zdrowe” kraje i te będą promowane w relacjach militarnych, handlowych i politycznych. Czyli Viktor Orban, Andrej Babiš czy Robert Fico nie tylko mogą spać spokojnie, ale powinni być brani za wzór przez resztę Europy.

Jeszcze jeden element w Strategii wymaga przywołania. Otóż mówi się w niej, że Stany Zjednoczone będą pełnić od teraz inną rolę wobec dotychczasowych sojuszników. Będą bardziej doradcą czy organizatorem niż aktywnym partnerem. To ich europejscy sojusznicy mają „przejąć więcej odpowiedzialności za swoje regiony i więcej wnosić do wspólnej obrony”. To niby nic nowego, bo już wcześniej Donald Trump poddawał w wątpliwość uruchomienie art. 5, gdyby wróg napadł na jakieś państwo NATO, jeśli płaci ono za mało na obronę. Dzisiaj w strategicznym dokumencie nie ma ani jednego zdania o pomocy zbrojnej dla sojuszników. Można tylko się domyślać, że jeśli już, to tylko wobec państw „myślących podobnie” jak stratedzy z Białego Domu.    

Oliwa do ognia.

Kilka dni po publikacji Strategii Donald Trump udzielił wywiadu Dash Burns, dziennikarce serwisu POLITICO. Tu już nie było miejsca na cyzelowanie tekstu, korektę. Pan prezydent był po prostu sobą i to martwi jeszcze bardziej. Podtrzymał tezę, że Europa poddana „masowym migracjom” jest „gnijąca” i pozbawiona celu. „Słabi” przywódcy bloku po prostu „nie wiedzą, co robić”. I posłużył się na dowód słuszności swoich teorii niesamowitym przykładem. Używając bardzo ostrego języka, Trump nazwał lewicowego burmistrza Londynu, Sadiqa Khana, syna pakistańskich imigrantów i pierwszego muzułmańskiego burmistrza miasta, „katastrofą”. A to, że został wybrany jest zdaniem prezydenta wynikiem groźnej imigracji: „Został wybrany, ponieważ przybyło tak wielu ludzi. Teraz na niego głosują”.

Prezydent zapowiedział, że nadal będzie popierał swoich faworytów w wyborach europejskich. „Popierałem ludzi, ale popierałem ludzi, których wielu Europejczyków nie lubi. Popieram Viktora Orbána”. Przypomnę, że w kwietniu będą wybory parlamentarne na Węgrzech, w których wg sondaży po 16 latach FIDESZ może przegrać na rzecz opozycyjnej partii TISZA. Ale mając przeciwko sobie całą machinę opanowanego przez Orbana państwa, trzeba będzie jeszcze stawić czoło Trumpowi i takim ludziom jak Elon Musk z siłą jego  mediów społecznościowych….

Nasza reakcja.

Długo można cytować podobne zdania, od których włos się jeży na głowie. Pierwszy komentarz do Strategii i wywiadu z grona przewodniczących unijnych instytucji wygłosił Antonio Costa, szef Rady UE na dorocznej konferencji Instytutu Jacques’a Delorsa, która odbyła się 8 grudnia 2025 roku w Paryżu. Powiedział między innymi: „Amerykańska strategia nadal mówi o Europie jako o sojuszniku. To dobrze. Ale jeśli jesteśmy sojusznikami, musimy działać jak sojusznicy. A sojusznicy nie grożą ingerencją w życie demokratyczne ani w wewnętrzne wybory polityczne tych sojuszników. Szanują ich. Szanują wzajemną suwerenność”. Portugalczyk nie zostawił wątpliwości co sądzi o tezach Donalda Truimpa, dodając:  „Z pewnością wielu Europejczyków nie podziela poglądów wielu Amerykanów na rożne sprawy, tak jak oni nie muszą zgadzać się z nami we wszystkim. Ale w żadnym wypadku nie możemy akceptować groźby wpływania na życie polityczne w Europie. Stany Zjednoczone nie mogą zastąpić obywateli europejskich w decydowaniu, które partie są właściwe, a które niewłaściwe”.

W czwartek wieczorem Ursula von der Leyen na gali POLITICO w Brukseli także nawiązała do tego wątku podkreślając, że decyzje dotyczące przywództwa i wyborów w Europie należą wyłącznie do wyborców. „To nie do nas, jeśli chodzi o wybory, należy decydowanie, kto będzie liderem kraju, ale to decyzja obywateli tego kraju” – powiedziała, podkreślając, że „suwerenność wyborców… musi być chroniona”. Pytana o krytykę ze strony USA, że podejmowane są w Europie wysiłki na rzecz ograniczenia ruchów skrajnie prawicowych, co Amerykanie traktują jako cenzurę polityczną, von der Leyen stwierdziła, że to wynika z naszych doświadczeń historycznych, kiedy to podobne ruchy prowadziły Europę do tragedii i wojen. Przywołała pomysł utworzenia „Tarczy Demokracji”, mającej na celu wzmocnienie obrony przed zagraniczną ingerencją, zwłaszcza w internecie i podczas wyborów i że nie ma to nic wspólnego z zagrożeniem dla wolności słowa.

Z głębi serca jestem przekonaną transatlantyczką” – dodała zostawiając uchyloną furtkę, na wypadek, gdyby jednak Biały Dom do partnerskiego dialogu zechciał wrócić.

Co to wszystko znaczy?

Trzeba powiedzieć wprost: amerykańska Strategia Bezpieczeństwa Narodowego stanowi sejsmiczną zmianę w stosunkach transatlantyckich. Tu już nie da się przeczekać, a za 3 i pół roku znowu będzie jak dawniej. Sprawy idą bowiem zbyt szybko w złym kierunku. Wystarczy przeanalizować inne pomysły administracjo Donalda Trumpa, jak chociażby „plan pokojowy” ewidentnie napisany pod dyktando Moskwy, by pozbawić się wszelkich złudzeń. Nie może być zgody Europy na siłową zmianę granic, brak odpowiedzialności za zbrodnie wojenne czy zakazywanie suwerennemu państwu wstępowania do dowolnych sojuszy.

Nie możemy też dalej bezkrytycznie ufać, że jedyną gwarancją naszego bezpieczeństwa są Stany Zjednoczone. Wiemy, że dzisiaj w wielu obszarach z dziedziny obronności jesteśmy jeszcze zbyt słabi, ale trzeba to w miarę szybko poprawić. Wiemy, że „po cichu” Unia Europejska pracuje nad ustanowieniem nowych gwarancji bezpieczeństwa na wypadek, gdyby te natowskie okazały się zawodne.

„Pytanie brzmi, czy potrzebujemy jakichś dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa i ustaleń instytucjonalnych, aby być gotowym – na wypadek gdyby Artykuł 5 nagle nie został wdrożony” – mówił POLITICO pod koniec listopada komisarz UE ds. obrony Andrius Kubilius. Ciągle zapominamy, że mamy art. 42 ust. 7 Traktatu o Unii Europejskiej, w którym napisano, że „w przypadku gdy jakiekolwiek Państwo Członkowskie stanie się ofiarą zbrojnej agresji na jego terytorium, pozostałe Państwa Członkowskie mają w stosunku do niego obowiązek udzielenia pomocy i wsparcia przy zastosowaniu wszelkich dostępnych im środków, zgodnie z artykułem 51 Karty Narodów Zjednoczonych”. Trzeba tylko od strony militarnej uczynić z tego artykułu poważne zobowiązanie.

I nie narzekać na Trumpa, bo to nic nie da. Wielki aplauz sali wywołały te słowa Ursuli von der Leyen na czwartkowej gali: „to jest bardzo ważne, abyśmy pamiętali o tym jaka jest nasza pozycja? Jaka jest nasza siła? Pracujmy nad tym. Bądźmy z tego dumni. Stańmy w obronie zjednoczonej Europy. To jest nasze zadanie… [aby] spojrzeć na siebie i być z siebie dumnymi”. To powinna być nasza odpowiedź na doktrynę Trumpa.

Maciej Zakrocki

COPYRIGHTS BCC
CREATED BY 2SIDES.PL