Trwała zmiana
„Świat zmienił się trwale” – mówiła w Davos przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. „Musimy się zmienić razem z nim”. Ta konstatacja była skutkiem zapowiedzi prezydenta Donalda Trumpa, co zamierza zrobić w kwestii suwerennej Grenlandii. Chciał ją dostać, a jak nie, to zająć siłą, a na te państwa, które wysłały na wyspę po kilkunastu żołnierzy nałożył 10-cio procentowe cła. „To, o co proszę, to kawałek lodu. Mają wybór: mogą powiedzieć “tak” i będziemy wdzięczni lub mogą powiedzieć “nie” i to zapamiętamy” – groził Trump. Trudno uwierzyć, że coś takiego można usłyszeć od najważniejszego sojusznika.
Przeglądając tylko nagłówki z europejskich gazet i portali można jednoznacznie ocenić stan relacji Europy z USA. „Moment na miłe słowa skończył się i nadszedł czas, by przeciwstawić się Trumpowi – powiedział w radiu BBC Anders Fogh Rasmussen, były sekretarz generalny NATO i były premier Danii. „USA są sojusznikiem, a niekoniecznie przyjacielem”- to ocena minister ds. zasobów mineralnych Grenlandii Naaja Nathanielsen. Tytuły niektórych artykułów były równie przygnębiające: „Jesteśmy świadkami wielkiego załamania porządku światowego”, „Appeasement nie jest już właściwą polityką”, a nawet „To po prostu zdrada”.
Dał nam przykład Carney…
Olbrzymi odzew wśród liberalnych, demokratycznych, przywiązanych do tradycyjnych wartości elit wywołało przemówienie w Davos premiera Kanady Marca Carneya, który mówił o końcu przyjemnej fikcji i początku surowej rzeczywistości, w której geopolityka i wielkie, dominujące mocarstwa nie podlegają już żadnym ograniczeniom ani regułom. Ale jeszcze ważniejsze były kolejne zdania. Otóż pan premier podkreślił: inne państwa — zwłaszcza mocarstwa średniej wielkości, takie jak Kanada — nie są bezsilne. Mają zdolność współtworzenia nowego ładu, który obejmie nasze wartości: poszanowanie praw człowieka, zrównoważony rozwój, solidarność, suwerenność oraz integralność terytorialną państw.
Dalej Kanadyjczyk mówił językiem ojców założycieli …. Unii Europejskiej. Zwracał uwagę na potrzebę integracji w warunkach rywalizacji z mocarstwem. Państwa średniej wielkości muszą działać razem bo jeśli nie siedzimy przy stole, jesteśmy w menu. Wielkie mocarstwa mogą sobie dziś jeszcze pozwolić na działanie w pojedynkę. Mają wielkość rynku, potencjał militarny i dźwignie nacisku. My — nie. Warto się w to wsłuchać, szczególnie gdy z niektórych środowisk politycznych, także polskich słyszmy, że najważniejsza jest własna siła, suwerenność, bo żaden sojusz nie jest 100-procentowym gwarantem. Polska mogła się o tym przekonać we wrześniu 1939 roku. To prawda, ale w dzisiejszych realiach bardziej przekonuje tok myślenia Marca Carneya.
„Gdy negocjujemy wyłącznie bilateralnie z hegemonem, negocjujemy z pozycji słabości. Akceptujemy to, co zostanie nam zaoferowane. Rywalizujemy ze sobą o miano najbardziej uległych. To nie jest suwerenność. To jest jej inscenizacja — przy jednoczesnej akceptacji podporządkowania. W świecie rywalizacji wielkich mocarstw państwa „pomiędzy” mają wybór: konkurować o względy silnych albo połączyć siły i stworzyć trzecią drogę, która ma realny wpływ” – przekonywał premier Kanady. A potem nawiązując do słynnego eseju Vaclava Havla „Siła bezsilnych” przypomniał fragment o sklepikarzu, który codziennie w witrynie umieszczał napis: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Ani on, ani inni, którzy to samo hasło codziennie wywieszali nie wierzyli w jego przesłanie. Ale wywieszali, by uniknąć kłopotów „zasygnalizować lojalność, mieć święty spokój”. A ponieważ – podkreślał Carney za Havlem – „każdy sklepikarz na każdej ulicy robił to samo, system trwał nie tylko dzięki przemocy, lecz dzięki uczestnictwu zwykłych ludzi w rytuałach, o których doskonale wiedzą, że są fałszywe”.
Dlatego – zaapelował na koniec swojego wystąpienia kanadyjski premier – „Zdejmujemy szyld z okna. Wiemy, że stary porządek nie wróci. Nie powinniśmy go opłakiwać. Nostalgia nie jest strategią. Wierzymy natomiast, że z tego pęknięcia możemy zbudować coś większego, lepszego, silniejszego i sprawiedliwszego. To zadanie państw średniej wielkości — tych, które najwięcej tracą w świecie twierdz i najwięcej zyskują na autentycznej współpracy. Potężni mają swoją potęgę. My za to mamy coś innego: zdolność, by przestać udawać, nazwać rzeczywistość, zbudować siłę u siebie i działać razem.
Wydaje się to oczywiste, jasne i co najważniejsze – konieczne. Na tym przecież opierała się idea Unii Europejskiej, by się jednoczyć, współdziałać, bo tylko tak można przeciwstawić się wrogiemu światu. Każde państwo europejskie, nawet tak silne gospodarczo jak Niemcy, nie wygra w konfrontacji z mocarstwami takimi jak Chiny, Indie czy nawet osłabiona Rosja. A dzisiaj doszło jeszcze coś do niedawna niewyobrażalnego – konfrontacja ze Stanami Zjednoczonymi. Oczywiście nie można stawiać znaku równości między tymi zagrożeniami, ale powody do niepokoju są poważne i uzasadnione.
To się dzieje naprawdę.
Nie można bowiem wszystkiego zrzucać na „specyfikę” sposobu wyrażania myśli przez Donalda Trumpa, jego zmienność, a nawet słabą orientację w świecie czego dowodem jest mylenie Grenlandii z Islandią, czy Armenii z Albanią. Groźba użycia siły zbrojnej w Grenlandii padła! Mówienie o tym suwerennym terytorium „nasze”, straszenie nałożeniem ceł na 6 państw, które wysłały garstkę żołnierzy (Niemcy – 15!) na wyspę, to są wszystko fakty. Na marginesie Donald Trump nie wie, że to niemożliwe, bo państwa UE mają wspólną politykę handlową i cła nie mogą być różne wobec różnych państw członkowskich…. Nie powinno się też mimo wszystko lekceważyć takich demonstracji pychy, jak ogłoszenie przez ambasadora USA w Islandii , że jest gubernatorem 52 stanu USA. To się dzieje! Na koniec do tej smutnej listy można jeszcze dorzucić wysłanie przez Donalda Trumpa listu do premiera Norwegii Jonasa Gahra Støre, w którym stwierdził, że brak Pokojowej Nagrody Nobla oznacza, że „nie będzie już czuł się zobowiązany do myślenia wyłącznie o pokoju”. Przy okazji amerykański prezydent udowodnił, że nie wie też, że rząd Norwegii nagrody Nobla nie przyznaje…
Iluzja poprawy.
Zanim doszło do spotkania Rady Europejskiej 22 stycznia wieczorem klimat się nieco ocieplił. Donald Trump zapewnił, że siłą nie przejmie Grenlandii, że nie nałoży ceł na te 6 państw. Jak napisał na Truth Social osiągnął porozumienie ramowe z Markiem Rutte, sekretarzem generalnym NATO, „dotyczące Grenlandii, a w zasadzie całego regionu arktycznego”. Ten wpis pojawił się po spotkaniu w gronie przedstawicieli NATO. Z ogólnych informacji, jakie dotarły wiemy, że Dania przekazałaby Stanom Zjednoczonym suwerenność nad niewielkimi fragmentami wyspy, gdzie Stany Zjednoczone mogłyby budować bazy wojskowe. Z jednej strony to była dobra wiadomość, ale z drugiej niestety zła.
Aaja Chemnitz, jedna z dwóch grenlandzkich posłanek do duńskiego parlamentu i ważna politycznie postać na Grenlandii, odrzuciła wynik negocjacji Trumpa z NATO. Napisała w poście na Facebooku: „To, czego jesteśmy świadkami w dzisiejszych wypowiedziach Trumpa, jest całkowicie absurdalne. NATO nie ma absolutnie żadnego mandatu do negocjowania czegokolwiek bez nas na Grenlandii”. Z kolei Annalena Baerbock, była minister spraw zagranicznych Niemiec napisała, że „jeśli znów zaczniemy kwestionować granice państw i próbować je zmieniać siłą, groźbami lub przymusem, cofniemy się do mrocznych czasów”.
Także premier Danii Mette Frederiksen zwróciła uwagę, że Dania nie bierze udziału w żadnych negocjacjach! Z jej wypowiedzi wynikało, że ewentualnego kompromisu ws. Grenlandii nikt z Danią nie konsultował, a ramy przyszłego porozumienia zostały uzgodnione ponad głowami Duńczyków przez szefa NATO i prezydenta USA. „Stanowisko Danii i Grenlandii jest takie samo, a wczoraj nie odbyły się żadne negocjacje z NATO dotyczące naszej suwerenności” – poinformowała pani premier. W sobotę szefowa duńskiego rządu spotkała się w Nuuk z premierem autonomicznego rządu wyspy Jensem-Frederikiem Nielsenem, zapowiadając “kolejne ruchy” i zastrzegając, że zarówno Dania, jak i Grenlandia będą kontynuowały dyplomatyczną, polityczną ścieżkę rozładowania napięć wokół wyspy.
Wszystko to pokazuje, że mamy do czynienia z chwilowym złagodzeniem napięcia, a nie przejściem Europy i USA na ścieżkę harmonijnej współpracy z poszanowaniem reguł prawa międzynarodowego i zwyczajnego, wzajemnego szacunku. Dowodem na tę tymczasowość była kolejna afera, jaką wywołał prezydent Trump obrażając weteranów wojsk sojuszniczych i pamięć ofiar wspólnych operacji w Iraku i Afganistanie. Powiedział bowiem, że „trzymali się trochę z tyłu, z dala od frontu”. Wywołało to zrozumiały gniew i to nie tylko wśród polityków.
Szerokim echem odbiła się wypowiedź legendy rocka Roda Stewarda: „Urodziłem się tuż po wojnie i mam wielki szacunek dla naszych sił zbrojnych, które walczyły i dały nam wolność. Dlatego bardzo mnie boli, kiedy czytam, że Trump, który uchylał się od służby wojskowej, skrytykował naszych żołnierzy w Afganistanie za to, że nie byli na linii frontu”. I przypomniał: „Straciliśmy ponad 400 naszych ludzi. Pomyślcie o ich rodzicach. Pomyślcie o tym. A Trump nazywa ich wręcz tchórzami. To nie do zniesienia”. Zakończył, zwracając się bezpośrednio do brytyjskich przywódców politycznych: „Więc wzywam was, premierze Starmer i Farage, proszę, niech Trump, który uchyla się od służby wojskowej, przeprosi. Proszę”. Z powodu wielkiej popularności artysty apel stał się głośny na całym świecie.
Koniec służalczości?
Wracając do świata polityki. Czy to wszystko, czego byliśmy świadkami spotkało się z satysfakcjonującą odpowiedzią ze strony naszej Unii Europejskiej? Czy z nieformalnego szczytu Rady w piątek rano otrzymaliśmy głosy, które zapewniają, że troszcząc się o dobre relacje transatlantyckie nie będziemy wobec obecnej administracji występować z pozycji słabego petenta? Czy pójdziemy tropem wskazań premiera Kanady, czy dalej będziemy wszystko kończyć sloganem: Stany Zjednoczone są naszym najważniejszym sojusznikiem i gwarantem naszego bezpieczeństwa.
Pewne sygnały lekko zmienionej postawy pojawiły się jeszcze przed szczytem. Parlament Europejski postanowił odłożyć ratyfikację umowy UE z USA wynegocjowanej po wojnie celnej jaką w ubiegłym roku wywołał Donald Trump. Z wielu stolic, a także z części sił politycznych w Parlamencie Europejskim padły propozycje uruchomienia tzw. bazooki handlowej, czyli skorzystanie z Instrumentu Antyprzymusowego (formalnie znanego jako rozporządzenie o Ochronie przed Przymusem Ekonomicznym). Zachęcał do tego między innymi prezydent Francji Emanuel Macron czy Valerie Hayer, przewodnicząca grupy Odnówmy Europę w PE: “Należy rozważyć uruchomienie unijnego Instrumentu, ponieważ został on zaprojektowany właśnie z myślą o sytuacjach tego rodzaju ekonomicznego zastraszania“. Są tacy, którzy twierdzą, ze już te zapowiedzi zmiękczyły Donalda Trumpa w czasie lotu do Davos i stąd odwołanie przez niego niektórych gróźb.
Natomiast z nieformalnego szczytu w Brukseli dotarły do nas głosy o różnej sile. Ciekawe, że tuż przed spotkaniem premier Donald Tusk napisał: „Ustępstwa są zawsze oznaką słabości. Europa nie może sobie pozwolić na słabość – ani wobec wrogów, ani wobec sojuszników. Ustępstwa nie przynoszą żadnych rezultatów, a jedynie upokorzenie. Europejska asertywność i pewność siebie stały się potrzebą chwili”. A po spotkaniu mieliśmy już wyraźnie łagodniejszy wpis: „Amerykańskie przywództwo we wspólnocie transatlantyckiej opierało się na wzajemnym zaufaniu, wspólnych wartościach i interesach, a nie na dominacji i przymusie. Dlatego zostało zaakceptowane przez nas wszystkich. Nie zmarnujmy tego, drodzy przyjaciele. Dla mnie to jest główne przesłanie z wczorajszego spotkania UE” — napisał polski premier.
Sam organizator szczytu, czyli Anotnio Costa na konferencji prasowej też był pojednawczy: „Unia Europejska i Stany Zjednoczone od dawna są partnerami i sojusznikami. Zbudowaliśmy wspólnotę transatlantycką ukształtowaną przez historię, opartą na wspólnych wartościach i oddaną dobrobytowi oraz bezpieczeństwu naszych narodów. Wierzymy, że relacje między partnerami i sojusznikami powinny być kształtowane w sposób serdeczny i pełen szacunku”. Lekkie pazurki można odczytać tylko w tej części oświadczenia przewodniczącego Rady: „Królestwo Danii i Grenlandia cieszą się pełnym poparciem Unii Europejskiej. Tylko Królestwo Danii i Grenlandia mogą decydować w sprawach dotyczących Danii i Grenlandii. Jest to odzwierciedleniem naszego głębokiego przywiązania do zasad prawa międzynarodowego, integralności terytorialnej i suwerenności narodowej, które są niezbędne dla Europy i całej społeczności międzynarodowej. Zasady te będą nadal kierować naszymi działaniami”.
Z pewnością w wielu środowiskach nie ma poczucia satysfakcji z głosów europejskich przywódców. Badania pokazują, że w wielu społeczeństwach rośnie irytacja wobec działań administracji Donalda Trumpa i postawy Europy często określanej jako „służalcza”. Trzeba więc będzie pokazać więcej siły, nie bać się, że prezydent USA może się obrazić, jasno i stanowczo artykułować nasze interesy. Podobno Trump jako były biznesmen ceni tylko twardych graczy i negocjatorów. Pora się obudzić zawczasu, by to przebudzenie nie skończyło się na kawałku lodu, bo to zawsze źle się kończy.
Maciej Zakrocki






