Przez wiele dni trwał chaos, który wywołała depesza z 15 maja starej, szacownej, a więc traktowanej poważnie agencji Reuters: Pentagon anulował plany rotacyjnego przemieszczenia 4 tys. amerykańskich żołnierzy do Polski. Do telefonów rzucili się ministrowie, dyplomaci, urzędnicy kancelarii Prezydenta RP. W amerykańskim Kongresie politycy z partii demokratów, ale i republikanów zadawali pytania: co się stało, o co chodzi, czy tak traktuje się wiarygodnego sojusznika, jakim jest Polska? Tydzień później jeden tweet zakończył burzę. Czy tak mamy budować strategię bezpieczeństwa Polski i Europy?
Co za ulga!
„W związku z pomyślnym wynikiem wyborów, w których zwyciężył obecny prezydent Polski Karol Nawrocki – którego z dumą poparłem – oraz biorąc pod uwagę nasze relacje z nim, mam przyjemność ogłosić, że Stany Zjednoczone wyślą do Polski dodatkowe 5 000 żołnierzy” – napisał w serwisie Truth Social Donald Trump. To właśnie ten wpis zakończył wspomniany chaos, podczas którego mieliśmy koncert nieporozumień, sprzecznych komunikatów, wysyłanie wiceministrów MON do Waszyngtonu na pilne konsultacje, rozmowy telefoniczne wicepremiera Władysława Kosiniak-Kamysza z szefem Pentagonu Pete’m Hegsethem i bezpośrednie z gen. Christopherem Mahoney’em, zastępcą przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów wojsk USA. Tylko czy rzeczywiście wpis Donalda Trumpa skończył sprawę?
Nie skończył, bo do momentu powstawania tego tekstu nie było jasnej odpowiedzi, czy „dodatkowe 5 tysięcy” da 15 tysięcy czy 11 tysięcy? Chodzi bowiem o to, że rotacyjne siły USA liczyły dotąd 10 tys. żołnierzy. 4 tysiące wyjechało, a tych, którzy mieli ich zastąpić zatrzymano w USA. Gdy prezydent Trump pisze o dodatkowych 5 tysiącach, to ma na myśli tych, którzy mieli w ramach rotacji przyjechać do Polski, ale będzie ich trochę więcej, co w sumie da liczbę 11 tysięcy? Czy jednak dalej uważa, że 10 tys. to tyle co miało być, a „dodatkowe 5 000” ma dać liczbę 15 tysięcy? Wicepremier i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski skłania się do pierwszej opcji. Ze szczytu ministrów spraw zagranicznych NATO w Szwecji mówił: Chcę podziękować prezydentowi Trumpowi za ogłoszenie, że rotacja, czyli obecność wojsk amerykańskich w Polsce, zostanie utrzymana mniej więcej na dotychczasowym poziomie. Będzie to ok. 10-11 tysięcy”.
Podzielam pogląd cenionego komentatora dziennika Rzeczpospolita Jędrzeja Bieleckiego, który w komentarzu do tej sytuacji napisał: „Tak nie da się planować strategii obrony kraju. Nie ma przecież żadnej gwarancji, że w przyszłym tygodniu prezydent USA znów nie zmieni zdania i nie rozkaże wyprowadzić wszystkich sił USA z Polski”. Sprawa jest poważna, bo mówimy o bezpieczeństwie Polski i Europy. Kilka dni temu szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas mówiła: „Rosja przygotowuje się do długotrwałej konfrontacji z Zachodem. To, czy Putin odważy się przetestować europejską obronę, zależy tak naprawdę od nas. Odstraszanie działa tylko wtedy, gdy jest wiarygodne. Okazywanie słabości jedynie zachęca do agresji”. Czy – jeśli zgodzimy się z tą oceną – możemy być spokojni, gdy we wtorek nie wiemy, co prezydent USA napisze w swoim w serwisie Truth Social w środę?
Porozmawiajmy poważnie.
Cała ta sytuacja skłoniła polskiego posła do Parlamentu Europejskiego (PE) Michała Koboskę, który jest w tym gremium w grupie politycznej „Odnówmy Europę”, do zaproponowania na otwarciu sesji plenarnej w Strasbourgu debaty o sygnałach ze strony USA wycofywania swoich sił w Europie. Wnioskując o debatę pan poseł mówił: „Pani Przewodnicząca, zgodnie z art. 164 Regulaminu i w imieniu grupy „Odnówmy Europę” niniejszym wnoszę o włączenie do porządku obrad tej sesji plenarnej oświadczenia Wiceprzewodniczącej i Wysokiej Przedstawiciel w sprawie reakcji UE na ograniczenie obecności wojskowej USA w Europie, a w szczególności w Polsce i na wschodniej flance. Niedawne wydarzenia dotyczące polityki administracji Trumpa w sprawie obecności wojskowej USA w Europie wzbudziły wśród nas poważne obawy. Wydaje się, że jest to przemyślana polityka, a nie chaotyczna seria decyzji. Chociaż w ostatnich dniach uwaga skupiała się na Polsce, implikacje rozciągają się na całą wschodnią flankę i całą Europę. Jestem głęboko przekonany, że kwestia ta wymaga pilnej dyskusji w Izbie, a w szczególności omówienia, jak Europa powinna zareagować na te ostatnie wydarzenia”.
Rzeczywiście nie chodziło tylko o Polskę. 1 maja Donald Trump, poirytowany słowami kanclerza Friedricha Merza zapowiedział wycofanie 5 tys. żołnierzy z Niemiec. Skąd ta decyzja? Otóż na jednym ze spotkań kanclerza z uczniami (!!!) padło pytanie o wojnę z Iranem. Merz powiedział, że „najwyraźniej Amerykanie nie mają żadnej strategii wyjścia z Iranu, bo Irańczycy negocjują bardzo sprytnie. Dają Amerykanom lecieć do Islamabadu i wrócić z powrotem bez żadnych efektów. W ten sposób cały naród zostaje upokorzony”. To rozwścieczyło Trumpa, który na swoim portalu społecznościowym Truth Social napisał, że Merz „robi fatalną robotę” i „ma problemy wszelkiego rodzaju”, w tym związane z imigracją. I zaraz potem ogłosił, że wycofa 5 000 tysięcy żołnierzy z Niemiec, co wielu potraktowało jako „karę” za słowa kanclerza.
Czy jesteśmy gotowi bronić siebie?
I znowu: obecność amerykańskich żołnierzy w stałych bazach w Niemczech to fundament europejskiego bezpieczeństwa! Czy ma okazać się kruchym, bo pan prezydent poczuł się urażony? Podczas wspomnianej debaty w PE Tobias Cremer z grupy Socjalistów i Demorkatów mówił: „Prawdziwe pytanie nie brzmi, czy Ameryka jest gotowa bronić Europy, ale czy Europa jest rzeczywiście gotowa bronić siebie! Bo, bądźmy szczerzy, redukcja amerykańskich wojsk nie powinna być zaskoczeniem. Od lat wiemy, że jeśli NATO ma pozostać transatlantyckie, musi najpierw stać się bardziej europejskie! I ma to sens. Jesteśmy drugą co do wielkości gospodarką świata. Mamy najsilniejszy model społeczny na planecie i powinniśmy być gotowi, a nawet dumni, bronić naszych europejskich wartości przed zagrożeniami zewnętrznymi. Więc, koledzy, na miłość boską, przestańmy się wściekać na każdego tweeta, który wychodzi z Białego Domu, a zamiast tego skupmy się na naszej sile, na budowaniu naszego potencjału i na obronie naszego kontynentu – nie z powodu czegokolwiek, co mówi lub robi Donald Trump, ale dlatego, że Europejczycy na to zasługują”.
Dobrze powiedziane! Co więcej – sporo już w tej dziedzinie się dzieje. Poszczególne państwa członkowskie UE i jednocześnie NATO zaczęły podnosić wydatki na zbrojenia. Niemcy zdecydowali się nawet zmienić konstytucję (!) Wydatki na obronę narodową powyżej poziomu 1% PKB zostały trwale wyłączone z limitów tzw. „hamulca zadłużenia”, co umożliwia ich finansowanie z kredytu bez łamania krajowych przepisów fiskalnych. Łączne wydatki na obronność w 2026 roku wyniosą 108,2 mld euro, na co składają się środki z budżetu federalnego (ok. 83 mld) oraz kolejne transze z wieloletniego funduszu specjalnego dla Bundeswehry. Chyba po raz pierwszy w dziejach Europy niemal wszyscy z radością przyjęli fakt, że Niemcy zaczynają budować potężną i nowoczesną armię!
Poza działaniami krajowymi coraz więcej decyzji dotyczących obronności zapada na poziomie Unii Europejskiej. Dzięki dużej elastyczności w traktowaniu wydatków z obecnego budżetu UE czy krajowych KPO realizuje się inwestycje, które można uznać za sprzyjające poprawie obronności. Został uruchomiony pożyczkowy program SAFE, który wprost dotyczy inwestycji w przemysł zbrojeniowy. Niemal przewrotem kopernikańskim nazywa się projekt kolejnych Wieloletnich Ram Finansowych UE na lata 2028-2035 i zawarte w nim wydatki na cele obronne.
Na inwestycje strukturalne Komisja Europejska zaproponowała ok. 131 mld euro na wsparcie wspólnych projektów zbrojeniowych, rozwój technologii wojskowych nowej generacji i na poprawę infrastruktury krytycznej oraz mobilności wojskowej. Ok. 18 mld euro ma być na uzupełnienie budżetów krajowych ze szczególnym uwzględnieniem obrony powietrznej i działań o charakterze transgranicznym. Poza tym w tradycyjnych funduszach strukturalnych mają być pieniądze dla przemysłu i innowacji tzw. dual-use czyli podwójnego zastosowania, a więc do wykorzystania zarówno w sektorze cywilnym, jak i obronnym. Oczywiście jest pytanie, czy mając perspektywę 8-9 lat na te wszystkie działania, zdążymy zanim dojdzie do jakichś działań Rosji, przed którymi przestrzegają eksperci?
Dość powiedzieć, że w czasie, kiedy w Europie zastanawialiśmy się jak rozumieć wpisy Donalda Trumpa z Rosji dotarła do nas wiadomość, że „w dniach 19-21 maja Siły Zbrojne Rosji przeprowadzą ćwiczenia z zakresu przygotowania i użycia broni jądrowej. Ćwiczenia miały obejmować wspólne przygotowanie i użycie broni jądrowej stacjonującej na Białorusi”. Podczas wspomnianej debaty w PE Kaja Kallas przestrzegała: „Wiele naszych krajowych agencji wywiadowczych uważa, że Rosja mogłaby przetestować gotowość obronną UE w ciągu najbliższych trzech do pięciu lat. Już dziś obserwujemy wzrost naruszeń przestrzeni powietrznej, cyberataków, sabotażu infrastruktury krytycznej i szeroko zakrojonych kampanii dezinformacyjnych. Jest oczywiste, że Rosja pozostanie zagrożeniem długoterminowym”.
Pora na wnioski.
Wszystko to prowadzi do jednego wniosku, który zresztą administracja Donalda Trumpa nam podsuwa od wielu miesięcy: musimy ostro się wziąć za zbudowanie potencjału pozwalającego nam w ogromnym stopniu liczyć na siebie. Celnie to ujął w swojej wypowiedzi na spotkaniu ministrów spraw zagranicznych NATO w Szwecji wicepremier Radosław Sikorski: „Stany Zjednoczone, jak widzimy, mają swoje ważne interesy i na Bliskim Wschodzie, i na Pacyfiku. Europa zaczyna wydawać więcej na zbrojenia. Do końca dekady musimy stanąć na własnych nogach, mieć Stany Zjednoczone jako ważne wsparcie w nowej konfiguracji. O tym tutaj mówi się jako o NATO 3.0, w którym to Europa bierze na siebie większość konwencjonalnej obrony swojego terytorium, ale ma wsparcie tych tzw. strategic enablers. W tym żargonie NATO-wskim chodzi o takie zdolności jak odstraszanie nuklearne, jak przerzut strategiczny, jak wywiad w sensie wybierania celów, itd. – wskazywał szef MSZ.
Problem w tym, że nie tylko nasza, ale cała prawica europejska sympatyzująca z ruchem MAGA traktuje tego typu stanowisko jako akcję wymierzoną w Stany Zjednoczone i bezpośrednio w Donalda Trumpa, mimo, że to właśnie ten prezydent od lat żąda od Europy, by wzięła się za zbrojenia. Sygnały zza oceanu, że Amerykanie wycofają część swoich sił z Europy nie traktują, jako realizację oficjalnej doktryny strategicznej USA, w której to jest zapisane, ale jako skutek skandalicznych postaw części europejskiej klasy politycznej wobec Donalda Trumpa. Znowu sięgając do debaty w PE dwa przykłady z wystąpień polskich posłów PiS. Patryk Jaki: „Pytacie, dlaczego Ameryka wycofuje swoje wojska z Europy? Prezydent Nawrocki prawie rok temu zapewnił obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce. Od tego czasu jednak prawie na każdej sesji tego Parlamentu słyszę wulgarną krytykę Ameryki. Wasi politycy dają upust najniższym emocjom codziennie i nawet zorganizowaliście tutaj w Parlamencie wulgarną wystawę obrażającą prezydenta Stanów Zjednoczonych. A premier Tusk pozwolił sobie nawet zakwestionować USA jako sojusznika. No i macie co chcieliście”.
Adam Bielan: „Konkurencja w Europie również na tej sali o to, kto bardziej obrazi Stany Zjednoczone i jej demokratycznie wybranego prezydenta, jest bardzo silna. Ale w tej szkodliwej rywalizacji niewątpliwie w całej Europie wygrywa premier Donald Tusk. Przypomnę, że Tusk bez żadnych dowodów oskarżył prezydenta Trumpa o zdradę stanu. Tak, oskarżył go o wieloletnią współpracę z wrogim wywiadem. Przypomnę, że w USA jest to zbrodnia zagrożona karą śmierci. I nigdy się z tych słów nie wycofał”.
A ja przypomnę, że tematem debaty było: „Reakcja Europy na zmniejszone rozmieszczenie wojsk USA w Europie, zwłaszcza na jej wschodniej flance, w świetle najnowszych decyzji USA”…. Ciekawe, że rumuński polityk, z tej samej grupy politycznej, w której jest PiS Cristian Terheş w tej samej debacie proponował zupełnie inne, jak się wydaje – zdroworozsądkowe podejście. Mówił: „Musimy pozostać wierni NATO i sojuszowi transatlantyckiemu. Jednak przyjaźń z Ameryką nie może oznaczać zależności, jak mówią również sami Amerykanie. Aby odzyskać siłę, Europa musi odbudować własny przemysł, zwiększyć produkcję amunicji i obrony powietrznej, zabezpieczyć granice i osiągnąć niezależność energetyczną. Przesłanie musi być jasne: do Moskwy, że Europa nie da się zastraszyć; do Waszyngtonu, że sami wniesiemy swój sprawiedliwy udział”.
Sądzę, że to znakomita puenta do tego tekstu i wskazówka, jak spokojnie odpowiedzieć w Europie na amerykańską politykę tweetowego bezpieczeństwa.
Drugą rocznicę kojarzą chyba tylko historycy integracji europejskiej. Oto bowiem 30 sierpnia 1954 roku we francuskim Zgromadzeniu Narodowym nie odbyło się głosowanie, co położyło kres projektowi Europejskiej Wspólnoty Obronnej. Co ciekawe – pomysł budowy takiej, równolegle do Wspólnoty Gospodarczej – rzucił premier IV Republiki Francuskiej Rene Pleven w październiku 1950 roku. Francuzów niepokoiła wtedy rosnąca potęga ZSRR, amerykańskie plany remilitaryzacji RFN i zaproponowali, by państwa tworzące Wspólnotę Węgla i Stali zbudowały Europejską Wspólnotę Obronną. Dopięli swego, bo 27 maja 1952 roku w Paryżu podpisano traktat taką Wspólnotę powołujący!
Plany co do jej kształtu były bardzo poważne, by wspomnieć tylko o budowie europejskiej armii, która miała liczyć 40 narodowych dywizji po 13 tysięcy jednakowo umundurowanych żołnierzy. Traktat zakładał też utworzenie dziewięcioosobowego Komisariatu, Zgromadzenia Ministrów Obrony i Zgromadzenia Parlamentarnego. W marcu 1953 roku z kolei uznano, że trzeba połączyć współpracę gospodarczą i militarną i powołano do życia Europejską Wspólnotę Polityczną. Traktat podpisany na 50 lat musiał być jeszcze ratyfikowany przez parlamenty narodowe państw sygnatariuszy.
Tymczasem umarł Józef Stalin, a trwającą od trzech lat wojnę koreańską zakończył rozejm. Entuzjazm do budowania Wspólnoty Obronnej z europejską armią na czele zmalał. I wtedy właśnie doszło do wydarzenia, którego 70-tą rocznicę będziemy w tym roku może nie obchodzić, ale mieć: 30 sierpnia 1954 roku miała we francuskim Zgromadzeniu Narodowym odbyć się ratyfikacja traktatu, ale punkt ten usunięto z porządku obrad. I to by było na tyle.
Maciej Zakrocki







