Przed dekady międzynarodowy znak na etykietach, opisujący, gdzie „coś” zostało wyprodukowane, było przedmiotem dumy. Do dzisiaj wiele firm zabiega, by taka identyfikacja się pojawiała, bo to dodatkowa forma promocji: jak na paczce makaronu jest napisane „Made in Italy”, to z automatu zachęca do kupna. Nawet jeśli coś podobnego robione w Lublinie jest równie dobre! W minionym tygodniu Komisja Europejska przedstawiła propozycję aktu o akceleratorze przemysłowym (IAA), który w mediach najczęściej jest opisywany jako pomysł na „Made in Europe”.
Zrobione w…
I tu nie chodzi o odebranie komuś narodowości. Zresztą w przypadku wielu produktów można zadbać o ich identyfikację przez inne instrumenty unijne jak np. produkty chronione. Przypomnę, że są to artykuły rolne, spożywcze, wina i wyroby rzemieślnicze, których jakość i cechy są ściśle powiązane z regionem lub tradycyjną metodą produkcji. Ochrona obejmuje nazwę, chroniąc przed imitacją i podrabianiem. Czyli, że szynka parmeńska nie może być z Wielkopolski, tak jak oscypek, bryndza podhalańska czy rogal świętomarciński nie może być z Toskanii. W systemach ochrony takich produktów mamy też kategorię Chronionego Oznaczenia Geograficznego. Mamy też coś określane jako Gwarantowana Tradycyjna Specjalność i tu z Polski można umieścić miody pitne. W takim razie czym jest „Made in Europe” w najnowszej propozycji Komisji?
Ale po kolei. Jednym z wniosków głośnego raportu Mario Drgahiego była konieczność wsparcia unijnych firm w obliczu niezdrowej konkurencji z Chin. Słyszeliśmy nieraz, że chińskie firmy korzystają z rządowych subwencji, które pozwalają im podbijać światowe rynki rzucając na nie towary po cenach czasem poniżej kosztów produkcji. To nie ma nic wspólnego z regułami wolnego handlu, ale dla autokratycznego reżimu ważniejszy jest cel, a ów cel uświęca środki. Stąd dla wielu ekspertów chociażby ekspansja chińskich samochodów w Europie to skutek subsydiowania tamtejszych firm, co pozwala na sprzedaż ich aut po cenach, których europejska branża na dłuższą metę by nie wytrzymała. Czy zatem powinniśmy szukać podobnych rozwiązań? Tylko z czego mielibyśmy „dokładać” do naszych produktów, by zbić ofertę Chińczyków?
IAA
Poszukamy odpowiedzi w komunikacie Komisji Europejskiej i prezentacji aktu o akceleratorze przemysłowym (IAA), której dokonał w minioną środę Stéphane Séjourné wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej ds. dobrobytu i strategii przemysłowej. Do końca nie było wiadomo, czy termin prezentacji zostanie utrzymany, bo w samej Komisji Europejskiej przez wiele tygodni było wielu przeciwników pomysłu. Aż dziewięć departamentów władzy wykonawczej UE, czyli właśnie Komisji miało wiele wątpliwości, które autor i jego zespół stopniowo rozwiewał. A jednak do końca ubiegłego tygodnia dalej trzy departamenty, w tym bardzo wpływowa dyrekcja generalna ds. handlu, wyrażały sprzeciw.
Także rządy, które zwykle czekają na dokument z Komisji Europejskiej zanim się do niego odniosą, zaczęły przez swoje kontakty dociekać, co tam ludzie Séjourné’go kombinują. Na podstawie zdobytych przecieków Niemcy stanęły na czele „akcji obronnej 10 krajów UE” – określających się mianem Przyjaciół Przemysłu – i zapowiedziały daleko idący opór wobec zapowiadanych zmian. Dowodziły, że przecież w zgodzie z duchem raportu Draghiego należy ograniczać regulacje dla przemysłu i zwiększać swobodę w handlu. Minister gospodarki i energii w rządzie Friedricha Merza Katherina Reiche stwierdziła, że ustawa stworzy „regulacyjne pustkowie, którego nikt już nie zrozumie”. Ale zdaniem Komisji Europejskiej, aby zmniejszyć ograniczenia trzeba przez regulacje …. zdjąć istniejące regulacje. Trochę to przewrotne, ale z drugiej strony logiczne.
Prezentacja akceleratora
Co po tych wszystkich perturbacjach, lobbingu, sprzeciwach zaprezentował Stéphane Séjourné? Skorzystam z oficjalnego komunikatu: wniosek ustawodawczy mający na celu zwiększenie popytu na niskoemisyjne technologie i produkty wytwarzane w Europie. Akt o akceleratorze przemysłowym (IAA) przyczyni się do pobudzenia produkcji, rozwoju przedsiębiorstw i tworzenia miejsc pracy w UE, a jednocześnie wesprze przemysł w przyjmowaniu czystszych, gotowych na przyszłość technologii.
Od razu czujemy, że to np. polskiej prawicy nie ma prawa się spodobać. Wszelka poprawa konkurencyjności unijnej gospodarki musi wiązać się przecież z odejściem od „lewackiej ideologii klimatycznej” i pójście tropem Donalda Trumpa, który powtarza „drill, baby, drill” czyli wierć bracie, wierć. W konsekwencji – opieraj swoją energetykę na paliwach kopalnych, bo te mamy pod ręką, u siebie, a na dodatek ciągle mamy infrastrukturę, która te paliwa zamienia w energię. Komisja w planie Stéphane Séjourné zakłada inne podejście, które na dodatek wynika z oceny obecnej sytuacji na świecie. Pan komisarz mówił: Dziś „Made in Europe” wkracza do prawa europejskiego z impetem. To, co Państwu dzisiaj przedstawiam, to coś więcej niż tylko zmiana procedur operacyjnych; to zmiana doktryny – nie do pomyślenia jeszcze kilka miesięcy temu.
Brzmi przekonująco, ale co w tej nowej doktrynie jest? „To, co dzieje się teraz – zwłaszcza w Iranie – z każdym dniem coraz bardziej uświadamia nam, że musimy wzmocnić nasze sektory strategiczne. Bo bez silnej bazy przemysłowej nie ma europejskiego modelu społecznego, nie ma transformacji klimatycznej, nie ma strategicznej autonomii. Nasz cel jest jasny: przywrócić udział przemysłu w europejskim PKB do 20% do 2035 roku. W porównaniu z 14% obecnie”.
Jak to zrobić? I na dodatek w sposób, który okaże się opłacalny dla europejskich firm? Komisarz proponuje 3 środki strukturalne: „Pierwszy środek: pieniądze podatników muszą przede wszystkim wspierać europejską produkcję i miejsca pracy w Europie. Priorytetem są dla nas inwestycje europejskie, szczególnie jeśli chodzi o pieniądze publiczne, a więc zamówienia publiczne, zachęty zakupowe lub dotacje bezpośrednie” – mówił Stéphane Séjourné.
Te dla wielu nadzwyczajne środki mają objąć branże energochłonne, a więc produkcję aluminium, cementu, stali, ale także chemikalia – pod warunkiem, że ich produkcja jest niskoemisyjna. Chodzi też o branże motoryzacyjną z uwzględnieniem pojazdów elektrycznych, hybryd typu plug-in, a nawet ciężarówek i autobusów. Na wsparcie ze środków publicznych mogą też liczyć tzw. czyste technologie: baterie, energia wiatrowa, pompy ciepła, fotowoltaika i energia jądrowa. Czy to oznacza „dopłacanie”, jakie robią Chińczycy? Komisarz wprost tego tak nie nazwał. Chodzi raczej o utrzymanie głównego kierunku zmian w unijnej gospodarce na rzecz niskiej emisji gazów cieplarnianych, co ma skutkować preferencjami np. w zamówieniach publicznych dla firm, które niskie emisje mają.
A co z pozostałymi? Sektory energochłonne zostaną poddane presji, zachęcone do stymulowania inwestycji w dekarbonizację. Zgodnie z tą koncepcją, np. 25 proc. publicznie zamawianej stali czy aluminium na potrzeby np. budownictwa, będzie musiało mieć niski ślad węglowy. Czyli jeśli chcecie załapać się na zmówienia publiczne, zainwestujcie w nowoczesne technologie!
Przy okazji dyskusji na ten temat pojawił się głos z Polski. Opisał to Business Insider. Przywołał wypowiedź prezesa Instytutu Reform Aleksandra Śniegockiego, który uważa, że nasze cementownie chętniej zainwestują w instalacje CCS (chodzi o wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla- przyp. M.Z.), jeśli będą miały pewność, że w perspektywie kilku lat niskoemisyjny cement będzie premiowany w inwestycjach publicznych, a państwo skoordynuje budowę infrastruktury do przesyłu i składowania CO₂ .
Wydaje się, że ten sposób myślenia powinien wygrywać z dotychczasowym narzekaniem, że Polska nie wytrzyma konkurencji, bo ma ciągle „brudną”, wysokoemisyjną energetykę. Tak między innymi argumentują nasi przedsiębiorcy z branży chemicznej. Twierdzą, że nie można przecież karać przedsiębiorstw za różne punkty startowe w zakresie miksu energetycznego. Zgoda, ale bez presji na zmianę miksu, za 10-15 lat będziemy używać tego samego argumentu. Ale wróćmy do kolejnych elementów proponowanego aktu Made in Europe.
Inwestycje zagraniczne.
Drugim zaprezentowanym przez Stéphane’a Séjourné środkiem strukturalnym są: Lepsze warunki dla inwestycji zagranicznych. Europa chce utrzymać swoją atrakcyjność i przyciągnąć inwestycje zagraniczne. Klimat międzynarodowy jaki mamy obecnie wzmacnia naszą pozycję bezpiecznej przystani. Stąd chcemy tych inwestycji, ale muszą one jednak bezwzględnie generować lokalną wartość dodaną – mówił komisarz. Co to znaczy? Zagraniczne inwestycje w strategicznych sektorach, warte ponad 100 mln euro, mają być objęte wymogiem dzielenia się technologiami, zatrudniania miejscowych pracowników i tworzenia spółek joint venture wspólnie z europejskimi firmami.
Rzeczywiście to w konkurencji z Chinami jest kluczowe. Mamy wiele przykładów z państw UE, w których chińskie firmy nie tylko otwierają fabryki, ale też ściągają swoich pracowników. Już dzisiaj w Budapeszcie mamy miasteczko 10 tysięcy Chińczyków ściągniętych w ramach umowy Węgier z Chinami. Głośne są przypadki z Hiszpanii, w której działają chińskie fabryki z zatrudnionymi tysiącami chińskich pracowników. Lokalizacja firmy oznacza prawo do korzystania ze wszystkich dobrodziejstw unijnego jedniolitego rynku. Komisja domaga się, by tego typu chińskie inwestycje tworzyły „wartość dodaną dla europejskiego ekosystemu”, a nie go zdominowały.
Podczas środowej prezentacji Stéphane Séjourné podkreślił, że inwestycje zagraniczne muszą zatem spełniać co najmniej cztery z sześciu poniższych kryteriów:
– Transfer technologii.
– Co najmniej 50% pracowników zatrudnionych w UE – to kryterium jest obowiązkowe.
– Udział zagraniczny ograniczony do 49% kapitału.
– Partnerstwa z podmiotami europejskimi.
– 1% globalnych obrotów inwestowanych w badania i rozwój w UE.
– 30% komponentów zakupionych do produktu gotowego musi pochodzić z europejskiego łańcucha wartości.
To jest ograniczenie swobody, ale w dzisiejszym świecie, w którym każdy walczy o swoje, może trzeba porzucić europejski idealizm i ostro zawalczyć o Made in Europe? Żeby to się spełniło potrzebny jest jeszcze trzeci środek strukturalny akceleratora – „Przyspieszenie realizacji projektów przemysłowych”.
Jeden projekt, jedna procedura.
To szalenie ważny element całości. Komisja Europejska zdaje sobie sprawę, że zbyt wiele projektów jest anulowanych z powodu braku pozwoleń lub zbyt długich opóźnień w ich wydawaniu. Celem Komisji jest, by projekty dotyczące inwestycji w dekarbonizację, w tym w produkcję energooszczędną otrzymywały komplet pozwoleń dużo szybciej niż dziś — maksymalny czas ma wynosić 18 miesięcy. I – co najważniejsze – mają to być pozwolenia unijne, obowiązujące na terenie 27 państw członkowskich. Tworzymy zharmonizowane, kompleksowe portale cyfrowe w całej Unii – „JEDEN PROJEKT, JEDNA PROCEDURA” – reklamował pomysł Stéphane Séjourné.
Jak zawsze wszystko to na papierze wygląda dobrze i trudno się czemuś sprzeciwić. A jednak wszystko wskazuje na to, że Komisję Europejską czeka długa batalia w Radzie i Parlamencie Europejskim o akt. Prawdopodobnie kiedyś stanie się on obowiązującym dokumentem, ale zapewne w mocno zmienionym kształcie niż pomysł Stéphane’a Séjourné. Jakoś trzeba pogodzić elementy raportu Draghiego, zagrożenia – głównie ze strony Chin – potrzebę dekarbonizacji i zachowanie konkurencyjności. Czy akt o akceleratorze przemysłowym (IAA) rozwiązuje wszystkie problemy? Z pewności nie, ale od czegoś trzeba zacząć.
Maciej Zakrocki







