Wystarczyło kilka godzin doniesień agencyjnych, by cały świat nauczył się nowej nazwy: Ceuta, a co bardziej dociekliwi zaczęli sprawdzać na mapach, gdzie to leży. Wielu ze zdziwieniem dowiadywało się, że Hiszpania ma kawałek swojego terytorium w Afryce, przy granicy z Marokiem. Wkrótce to miejsce stało się symbolem starcia wielu interesów i politycznych emocji, a wszystkich konsekwencji tego, co się stało, jeszcze nie znamy.
Trochę danych.
Ceuta i Melilla to dwa autonomiczne miasta należące do Hiszpanii, choć leżą na północnym wybrzeżu Afryki, nad Cieśniną Gibraltarską. Do wybrzeża Hiszpanii na półwyspie Iberyjskim jest zaledwie 22 kilometry. Jest tzw. eksklawą na terytorium Maroka zajmującą powierzchnię 19,7 km². Mieszka tam ok. 84 tys. osób. Pod względem administracyjnym Ceuta jest miastem autonomicznym, co między innymi oznacza, że choć kontynentalna Hiszpania jest w Unii Europejskiej, to jednak ten jej teren nie należy do strefy Schengen.
Historycznie początki tego obszaru sięgają czasów Imperium Rzymskiego. Po islamskim podboju Maghrebu został przyłączony do pierwszych kalifatów, a następnie zniszczony podczas powstania Berberów. Odbudowany w IX wieku jest od tego czasu obiektem rywalizacji regionalnych mocarstw, które chciały korzystać z niesłychanie ciekawego położenia obszaru do kontroli wyjścia z Morza Śródziemnego na Atlantyk. Ceuta była przez pewien czas portugalska, potem portugalsko-hiszpańska, gdy oba kraje miały jednego króla. Po tym, jak Portugalczycy postanowili jednak mieć niepodległe państwo, na mocy traktatu z Lizbony z 1668 roku Ceuta ostatecznie stała się częścią Hiszpanii.
Sytuacja się skomplikowała, gdy w 1956 roku Maroko uzyskało niepodległość. Odtąd do dzisiaj rości sobie prawo do tych ziem, które określa jako „kolonie okupowane” przez Hiszpanię. Tuż przed ostatnim, głośnym kryzysem w niektórych mediach marokańskich, bliskich marokańskiej rodzinie królewskiej pojawiły się teksty przypominające o tym podejściu. Np. Le360 napisał: „Kluczowym pytaniem nie jest już, czy te miasta (Ceuta i Melilla) zostaną ponownie zintegrowane ze swoim naturalnym środowiskiem, Marokiem, ale ile czasu to zajmie i do ilu ludzkich tragedii w międzyczasie dojdzie”. Tego typu spekulacje spowodowały, że część polityków i komentatorów oceniająca powstały 30 lipca kryzys widziała w nim ewidentną prowokację marokańskich służb z rozkazu króla Muhammada VI.
Wina Maroka
Dodatkowym czynnikiem wskazującym na tego winnego była niechęć do rządu w Madrycie …. Donalda Trumpa. Rzeczywiście premier Pedro Sanchez jest nieukrywanym krytykiem amerykańskiego prezydenta, nie raz mu podpadł otwarcie odmawiając wzrostu wydatków Hiszpanii na armię czy nie zgadzając się, by amerykańskie wojska korzystały z hiszpańskich baz podczas operacji na Bliskim Wschodzie. Można zatem było spekulować, że Trump zechce Sanchezowi dokuczyć. Nie było tajemnicą, że administracja amerykańska rozwija przyjazne relacje z władzami Maroka. Gdy kryzys wybuchł przypomniano sobie między innymi wywiad, jakiego udzielił hiszpańskiej gazecie El Español, amerykański kongresmen Mario Díaz-Balart. Mówił w nim jasno że „Ceuta i Melilla znajdują się na terytorium Maroka” i rzucał pytanie, czy miasta autonomiczne „są częścią Hiszpanii, czy jednak nie powinny być częścią Maroka”.
Kilka tygodni później, gdy amerykańscy ustawodawcy przygotowywali projekt ustawy budżetowej, okazało się, że jest w nim propozycja przyznania Maroku 40 milionów dolarów na „wydatki obronne i bezpieczeństwo”! W rozmowie z POLITICO Díaz-Balart jednak zaprzeczył, jakoby decyzje Kongresu miał sygnalizować istotną zmianę w sprawie Ceuty i Melilli.
„To kwestia sporna od jakiegoś czasu. Maroko było silnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych – jako już suwerenny kraj uznało jako pierwsze państwo właśnie Stany Zjednoczone. Z drugiej strony przecież od lat utrzymujemy dobre stosunki z Hiszpanią. Teraz prosiliśmy tylko, aby sekretarz stanu Marco Rubio obserwował tę sprawę i dopilnował, aby obie strony rozmawiały na temat terenów autonomicznych” – powiedział kongresmen.
I tu pojawia się kolejny element w całej układance: tuż przed szturmem 80 tys. Marokańczyków na Ceutę, Muhammad VI nadał autostradzie łączącej miasto Tiznit z miastem Ad-Dachla w Saharze Zachodniej nazwę: “autostrada Donalda J. Trumpa”. Jak wyjaśnił w liście do prezydenta USA chce podziękować mu za “historyczne uznanie w 2020 roku suwerenności Maroka nad ‘jego’ Saharą“. 26 lipca Trump podziękował Muhammadowi VI za nazwanie autostrady jego imieniem. “To ogromy zaszczyt! Nie mogę się doczekać, aby pewnego dnia przejechać całą tę wspaniałą autostradę” – napisał prezydent na platformie Truth Social.
Wina Hiszpanii.
Ciekawe, że reakcje na kryzys w samej Europie koncentrowały się na błędach rządu w Madrycie, jakie ten popełnił w swojej polityce migracyjnej. Przypominano, że w styczniu 2026 rząd przyjął dekret, zgodnie z którym nielegalni migranci otrzymali prawo do ubiegania się o zezwolenie na pobyt czasowy, jeśli udowodnią, że przybyli do Hiszpanii przed grudniem 2025 roku i mieszkają w tym kraju od co najmniej pięciu miesięcy. Takie zezwolenie miało być ważne rok z możliwością jego odnowienia.
Opozycja w Hiszpanii i liderzy partii prawicowych z kilku państw europejskich mocno skrytykowali pomysł, ale rządzący się nie poddali. Wysunęli wiele argumentów za tą ideą, z których najważniejszy dotyczył braku rąk do pracy z powodów demograficznych przy jednoczesnej konieczności pobudzenia wzrostu gospodarczego. Przypominano także o stanowisku nie tylko lewicy, ale też kościoła katolickiego, który wzywał do debaty parlamentarnej na temat umożliwienia nieudokumentowanym migrantom uzyskania prawa pobytu.
Ale potem pojawił się kolejny element, który stał się powodem krytyki tych samych, prawicowych środowisk. Otóż 29 czerwca 2026 roku Sąd Najwyższy Hiszpanii orzekł, że nie można stosować szybkiej procedury odesłania imigranta jeśli dostał się on na terytorium Hiszpanii drogą morską. Chodziło tu o sprawę obywatela Algierii, który został przechwycony na morzu w 2024 roku i właśnie w ramach szybkiej procedury odesłany. Sąd Najwyższy to zbadał i stwierdził, że powrót w trybie przyspieszonym może mieć zastosowanie jedynie wobec osób próbujących naruszyć „fizyczne elementy na granicach lądowych, takie jak ogrodzenia graniczne”. Czyli jak ktoś dostanie się drogą morską, to jego sprawa musi być rozpatrzona w normalnej procedurze azylowej. No i do Ceuty 30 lipca drogą morską ruszyło ok. 50 tys. osób, a wkrótce kolejne tysiące. W ciągu 48 godzin w eksklawie znalazło się prawie drugie tyle osób ile tam mieszka.
Kryzys
Oczywiście największy dramat przeżyli mieszkańcy i ich ten kryzys dotknął najbardziej. Ale – czego można się było spodziewać – w wielu europejskich stolicach zapanowała trwoga. Obawiano się, że oto rodzi się na naszych oczach wielki kryzys migracyjny, który stanie się paliwem dla wszystkich antyunijnych środowisk politycznych. Od 2015 roku budują one swoją siłę na antyimigranckich emocjach, przypominają fatalne „Willkommen” Angeli Merkel z tego czasu i jej historyczną już frazę „Wir schaffen das” („Damy radę”). Po 11 latach od tamtego kryzysu to AfD prowadzi w Niemczech w sondażach, a w Saksonii Anhalt, gdzie 6 września wybierany będzie lokalny parlament, może liczyć na ponad 40 procent poparcia, co jej umożliwi samodzielne rządy!
We Francji największe szanse w wyborach prezydenckich w przyszłym roku ma Marine Le Pen, w Polsce wszystkie sondaże od miesięcy pokazują zdobycie parlamentarnej większości przez prawicę, na razie podzieloną, ale połączoną antyimigrancką retoryką. Nie ma się co dziwić, że zaraz po wybuchu kryzysu na Ceucie przywódcy aż 22 państw UE, w tym premier Donald Tusk napisali ostry list do przewodniczącego Rady Europejskiej Antonio Costy, przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen oraz szefa rządu Irlandii, sprawującej obecnie prezydencję w Radzie UE, Micheala Martina.
“Piszemy, aby wyrazić nasze głębokie zaniepokojenie ostatnimi wydarzeniami na zewnętrznej granicy Unii Europejskiej w Ceucie. Jesteśmy zdecydowani zapobiegać próbom podważania integralności zewnętrznych granic Unii” – napisali. I zrzucili część odpowiedzialności na rząd w Madrycie zwracając uwagę, że to niedawne orzeczenie hiszpańskiego Sądu Najwyższego zostało wykorzystane “do wywołania tego ataku i nadużycia naszego systemu migracyjnego i azylowego“. “Nie możemy pozwolić, aby niekontrolowane masowe przekraczanie granic, instrumentalizacja migracji lub inne zagrożenia hybrydowe stworzyły wrażenie, że nielegalny wjazd do Unii Europejskiej jest możliwy. Że nielegalne przekroczenie granicy przez migranta może przekształcić się w legalny pobyt“.
W Madrycie list wywołał gniew. Jak można krytykować rząd, który respektował wyrok Sądu Najwyższego! Co miał zrobić? Kazać sędziom wyrok zmienić? Poza tym Hiszpania całkiem dobrze sobie radzi z nielegalną imigracją czego dowodzą statystyki pokazujące wyraźne jej ograniczenie. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen starała się załagodzić konflikt i wysłała list do hiszpańskiego premiera. „Migracja to europejskie wyzwanie, które wymaga europejskiej reakcji” – napisała. „A w tym przypadku solidarność ma fundamentalne znaczenie”. Dodała, że Komisja zaoferowała Hiszpanii wsparcie finansowe i operacyjne, a Frontex, Europol i unijna agencja ds. azylu są gotowe do pomocy.
Komisarz ds. migracji Magnus Brunner powiedział hiszpańskiemu ministrowi spraw wewnętrznych Fernando Grande-Marlasce, że Unia jest gotowa „zwiększyć wsparcie dla Hiszpanii” w celu „kontroli sytuacji” oraz rozmieścić w Ceucie przedstawicieli Frontexu. Wreszcie zwołano spotkanie Rady UE ministrów spraw wewnętrznych, na którym oczywiście komisarz Brunner był. Podczas spotkania z dziennikarzami po naradzie podkreślał, że tym razem „przy stole panowała pełna solidarność z Hiszpanią”.
Wszyscy zgodzili się też, że wydarzenia w Ceucie nie są dowodem fiaska polityki Unii Europejskiej w radzeniu sobie z nielegalną migracją. Komisarz przywołał ważne dane: w ciągu ostatnich dwóch lat nielegalna migracja spadła o 55%. Nieco ponad 49 000 osób nielegalnie przekroczyło granice Unii Europejskiej przez wszystkie nasze granice zewnętrzne, czyli mniej więcej tyle, ile przybyło na same wyspy greckie w ciągu jednego tygodnia w październiku 2015 roku. Drastycznie spada też liczba wniosków o azyl w całej Unii Europejskiej. Dwa przykłady: w Niemczech liczba wniosków spadła w tym roku o ponad 33%. W Szwecji w zeszłym roku złożono 8400 wniosków, czyli najmniej od 40 lat. Ale – przyznał komisarz Brunner – te „dramatyczne obrazy z Ceuty biją na głowę najlepsze statystyki”.
Dlatego podjęte zostaną pewne kroki. „Będzie większe wsparcie dla Frontexu, zarówno w terenie, jak i w państwach trzecich. Jak Państwo wiedzą, obecnie przygotowujemy nowy mandat dla Frontexu, który ma zostać przyjęty po przerwie wakacyjnej. Chodzi też o skuteczny monitoring, a w razie potrzeby o instalację infrastruktury fizycznej w punktach newralgicznych. Przypomnijmy: Frontex to unijna agencja, która pomaga krajom członkowskim w patrolowaniu granic lądowych i morskich. Wspiera też państwa w zwalczaniu przemytu ludzi, fałszowania dokumentów i pomaga w walce z terroryzmem.
Kolejnym z wniosków ze spotkania ministrów była poprawa działania Frontexu przez wdrożenie systemu wczesnego ostrzegania przed kryzysami takimi jak w Ceucie. Musimy wzmocnić nasze zdolności do śledzenia trendów dezinformacji, na przykład w mediach społecznościowych ściśle współpracując z Europolem i wszystkimi innymi agencjami Unii – dodał Magnus Brunner. Kolejnym ważnym punktem, co do którego zgodzili się ministrowie spraw wewnętrznych państw Unii to likwidacja sieci przemytników ludzi. „Musimy pilnie przyjąć globalny system sankcji przeciwko przemytnikom migrantów. Zaproponowaliśmy to już na początku lipca, aby mieć więcej narzędzi do walki z nimi. Przypomnę też, że 3 lata temu powołaliśmy również Globalny Sojusz na rzecz Zwalczania Przemytu Migrantów.
Ten Globalny Sojusz to międzynarodowa inicjatywa Komisji Europejskiej z listopada 2023 r. Zrzesza ponad 50 krajów i wiele organizacji międzynarodowych, a jego celem jest rozbicie transnarodowych sieci przestępczych, powstrzymania nielegalnego przekraczania granic i promowania legalnych ścieżek migracji.
To zapewne nie wszystko, co można zrobić. Ale też trzeba mieć świadomość, że podobne kryzysy mogą się pojawiać, bo zawsze znajdzie się gdzieś słabszy punkt na granicach zewnętrznych, szczególnie morskich. Problem w tym, by w podobnej sytuacji zacząć od europejskiej solidarności, chęci pomocy, uruchomienia istniejących procedur i narzędzi. Ściganie się kto jest bardziej stanowczy wobec imigrantów, by w wyborczej, krajowej walce zdobyć więcej punktów „na koniec dnia” niczego dobrego nie przyniesie. Tego Ceuta powinna nas nauczyć.
Maciej Zakrocki







